Materiały do przeczytania dla Rodziców dzieci komunijnych - 2020 r.

Katecheza - 1.

 

Msza Św. jako spotkanie z żywym Chrystusem.

Wstęp

Sakrament Eucharystii to akt największego szaleństwa miłości ze strony Jezusa. Został żywy i prawdziwy pod postaciami chleba i wina z nami i dla nas - jako pokarm, ale i coś więcej - jako towarzysz naszej ziemskiej wędrówki.

Zadziwiające jest, że człowiek zatracił wrażliwość na ten największy dar. Ten, kto żyje pełnią życia chrześcijańskie­go, nie wyobraża sobie życia bez Mszy Św. Jest gotów znieść największe trudności, byleby tylko uczestniczyć w Eucharystii. W wielu przypadkach brak pełnego uczestnictwa we Mszy Św. i jej lekceważenie wynika z braku świadomości tego, czym jest Msza Św. i co się tak naprawdę w niej dokonuje.

Wszyscy mamy świadomość trudności w przeżywaniu Eucharystii występujących u wielu osób, nawet gorliwych katolików. Nie wiedzą, jak w tym misterium uczestniczyć. Te trudności często wynikają z nie rozumienia, czym jest Msza św., jak należy na nią patrzeć, aby nie zatracić jej znaczenia dla rozwoju życia duchowego i wiary. Dlatego należy ciągle na nowo sobie przypominać i rozważać misterium Eucharystii.

W naszych rozważaniach odwołamy się do prywatnych objawień, jakie miała o Mszy Św. współczesna boliwijska styg­matyczka i mistyczka - Catalina Rivas. W Uroczystość Zwiastowania Pańskiego w 1994 r., gdy uczestniczyła we Mszy Św. w katedrze w Boliwii, objawił się jej Pan Jezus i Matka Boża, i prowadząc ją, jakby za rękę, odkrywali przed nią tajemnicę Mszy Św. Te objawienia były drukowane w cza­sopiśmie "Miłujcie się" z 2004 r. Są to objawienia prywatne, Kościół nie wypowiedział się oficjalnie o ich prawdziwości. Jednakże biskupi, którzy je czytali stwierdzili, że nie ma w nich nic, co byłoby sprzeczne z przesłaniem Ewangelii. War­to w swoim przeżywaniu Mszy Św. do nich się odwoływać.

Sakrament Eucharystii

Komunia Święta, Najświętszy Sakrament, to nazwy używane na określenie obecności Jezusa pod postacią chleba i wina. To niesamowite, że Jezus - Syn Boży, który cały wszechświat przenika mieści się żywy i prawdziwy w kruszy­nie chleba. Staje się obecny w Eucharystii na słowa konsekracji wypowiedziane przez kapłana w czasie Mszy Św.

Gdy dwoje bliskich sobie osób żegna się ze sobą z po­wodu czasowego rozstania, to wymienia swoje zdjęcia, dzwoni do siebie, wysyła smsy. W ten sposób ci ludzie próbują zapełnić pustkę z powodu braku bliskiej osoby. Pan Jezus poszedł dalej. Nie zostawił nam numeru telefonu, nie wysyła do nas smsów, zdjęcia, wizerunku (choć odkryto w ostatnim czasie cudowne oblicze Jezusa na całunie z Manopello - pisze o tym Paul Bade w książce "Cudowne oblicze"). Został żywy i prawdziwy w Eucharystii. Chce, żebyśmy nie czuli się samotni. Chce być z nami, nie tylko jako pokarm niezbędny dla życia wiecznego, ale jako nasz przyjaciel, brat, przewodnik na drogach naszego życia. Jezus chce uczestniczyć w naszym życiu, każdego dnia razem z nami chce podejmować krzyż naszej codzienności, dodawać nam sił i mocy do dobrego życia. Doskonale ilustruje to następująca legenda.

W średniowieczu, pewien duński król, przed śmiercią sporządził testament. Chciał, aby po śmierci wyjęto z jego piersi serce, zawieziono je do Ziemi Świętej i złożono przy grobie Pana Jezusa. Gdy zmarł, spełniono wolę króla. Wyjęto serce z martwego ciała, włożono do złotej szkatuły. Wybrano najdziel­niejszego rycerza, który miał zawieźć serce króla do Jerozolimy. Ruszył odważny rycerz w drogę, ale im bardziej oddalał się od swojego rodzinnego domu, tym większa tęsknota go ogarniała za rodziną, ojczyzną. Pomyślał sobie, że skoro jedzie sam, to nikt się nie dowie, czy dojechał do Jerozolimy, czy też nie. Postanowił zatem zakopać szkatułę z sercem tam, gdzie stał, wrócić do domu i wszystkim powiedzieć, że zadanie wypełnił. Gdy tak pomyślał i już zaczął się zatrzymywać, żeby zrobić to, co zaplanował, usłyszał dziwny szmer dochodzący ze szkatuły, którą miał przymocowaną na piersi. Zdjął ją, przyłożył do niej ucho i o dziwo, usłyszał, że to martwe serce króla zaczęło bić. Zrobiło mu się natychmiast raźniej, że nie jest sam, a jednocześnie bardzo głupio wobec króla, że się tak załamał. Zawstydził się własnego tchórzostwa. W siadł na konia i ruszył dalej. Gdy było mu ciężko, wtedy przykładał ucho do szkatuły i wsłuchiwał się w bicie królewskiego serca. Dotarł wreszcie do celu swej wyprawy. Złożył serce królewskie koło grobu Pana Jezusa, ale w drodze powrotnej bardzo mu go brakowało.

To tylko legenda. Pokazuje jednak rolę, którą Pan Jezus w Eucharystii chce pełnić w naszym życiu. Chce nam towa­rzyszyć, dzielić z nami nasze trudności i radości, dodawać nam otuchy, wspierać na drogach naszego życia i wskazywać właściwy kierunek naszej ziemskiej wędrówki. Dlatego też jest obecny w tabernakulum każdego kościoła i kaplicy, żebyśmy mogli jak najłatwiej Go spotkać.

Jest czymś normalnym, że często przyjmujemy Komu­nię Św., nawiedzamy Najświętszy Sakrament i jesteśmy tak oswojeni z obecnością Pana Jezusa w Eucharystii, że o Niej zapominamy, przechodzimy obojętnie i nieświadomi tego, czego dotykamy. I czasami trzeba wstrząsu lub znaku niezwy­kłego, żeby z postawą prostego dziecka odkryć na nowo Jego obecność i Nim się zachwycić. Jezus wychodzi nam naprzeciw, przypomina nam o sobie, budzi niepokój sumienia, umacnia wiarę. Jednym z takich niezwykłych znaków dla umocnienia naszej wiary i uświadomienia nam czego dotykamy w czasie Mszy Św. są cuda eucharystyczne. Na przestrzeni dwu tysiącletniej historii Kościoła takich cudów wydarzyło się wiele. Na początku lat dziewięćdziesiątych ukazała się w języku polskim książka amerykańskiej pisarki Joan Caroll Cruz "Cuda eucharystyczne i eucharystyczne zjawiska w życiu świętych". W tej książce autorka zebrała i opisała ponad 30 cudów związanych z Eucharystią. Nie są to wszystkie znaki dane nam przez Pana. Jest ich znacznie więcej. Dokonują się i dzisiaj, nie tylko w prze­szłości. Zapoznajmy się przynajmniej z niektórymi z nich.

Cud eucharystyczny w Lanciano

Wydarzenie to miało miejsce w VIII wieku, w małej włoskiej miejscowości - Lanciano, w kościele pod wezwaniem Św. Legocjana. Pewien mnich - Bazylianin, odprawiał Mszę Św. Od pewnego już czasu borykał się z trudnościami w wierze dotyczącymi rzeczywistej obecności Pana Jezusa w Eucha­rystii - pod postaciami chleba i wina. Odprawiając Mszę Św. w tym kościółku prowadził wewnętrzne spory sam ze sobą, czy to możliwe, że Jezus może być żywy i prawdziwy w tak małej kruszynie chleba i w tych kilku kroplach wina w kielichu. Po przeistoczeniu jego oczom ukazał się niezwykły widok - na patenie zamiast białej hostii leżała Hostia zamieniona w ciało. Środek tej Hostii pozostał biały - chlebowy, natomiast obrzeże naokoło, na głębokości 1-2 cm stało się ciałem, tkanką. W tym samym czasie, Krew Pańska (wino w kielichu po konsekracji) zamieniło się w 5 nieregularnych bryłek skrzepów. Kapłan swoją łaską podzielił się z obecnymi w kościele. Wszyscy podchodzili do ołtarza, żeby zobaczyć cud. Wieści o cudownym wydarzeniu rozchodziły się szybko. Do klasztoru przybywali wierni, żeby zobaczyć cud i umacniać swoją wiarę. Choć cud wydarzył się dość dawno, to zarówno Hostia, jak i skrzepnięta Krew jest do dziś zachowana i przechowywana w srebrnej monstrancji.

Zarówno cudowną Hostię, jak i skrzepnięte grudki Krwi poddano badaniom medycznym. Przeprowadził je prof. Odoardo Linoli, specjalista anatomii i histologii patologicznej oraz chemii i mikroskopii klinicznej przy współpracy z prof. Ruggero Bertelli z uniwersytetu w Sienie. Wyniki tych badań były za­skakujące. Ogłoszono je w Lanciano 4 marca 1971 r. Stwierdzono, że ciało znajdujące się w relikwiarzu ma kolor jasnobrunatny. Jest okrągłe - grubsze w części brzegowej, cieńsze bliżej środka, z pustą przestrzenią wewnątrz. Niewielkie bryłki zakrzepłej Krwi mają nieregularne kształty, są pomarszczone i twarde. W czasie badań laboratoryjnych okazało się, że tkanka, w którą zamieniła się cudowna Hostia jest prawdziwym ciałem, a skrzepnięta Krew, w którą zamieniło się wino jest prawdziwą krwią. Ciało jest fragmentem mięśnia sercowego. Świadczą o tym m.in. znalezione komórki układu nerwowego, typowe dla takiej właśnie tkanki. Pusta przestrzeń wewnątrz ciała odpowiada komorze sercowej. Zarówno Ciało i Krew są pochodzenia ludzkiego. Mają tę samą grupę krwi - AB (tę samą grupę krwi odkryto na tzw. "Całunie turyńskim"). Skrzepy Krwi ważą razem 16 gramów. W Krwi odnalezione zostały proteiny w takich stosunkach procentowych, jakie znajdują się w obrazie osoczo­proteinowym normalnej, świeżej krwi. Ponadto odnaleziono także minerały: chlorki, fosfor, magnez, potas, sód i wapń. Ponad wszelką wątpliwość wykluczono możliwość sprepa­rowania cudu (sfałszowania). Gdyby krew została pobrana z martwego organizmu, uległaby rozkładowi. Nie stwierdzono też śladów cięć ostrym narzędziem, co wykluczyło możliwość pobrania tkanki z ciała ludzkiego.

Cudownie przemieniona Hostia i skrzepy Krwi zacho­wały się w doskonałym stanie, choć nie były przechowywane w hermetycznie zamkniętym pojemniku i nie konserwowano ich w żaden sposób. Nie znaleziono żadnych środków konser­wujących, nawet soli. Jest to cud, który Pan Jezus dał nam, by potwierdzić swoją obecność w Eucharystii.

W 1974 r. był w Lanciano przyszły papież - ks. kard. Karol Wojtyła. Po całonocnej modlitwie i adoracji cudownych postaci eucharystycznych, napisał w księdze pamiątkowej: "Spraw, aby­śmy w Ciebie bardziej wierzyli, pokładali nadzieję i miłowali".

Cud w Offida

Offida to małe miasteczko we Włoszech, leżące ok. 200 km na północny wschód od Rzymu. Obecnie mieszka tam ok. 5000 mieszkańców. W XIII w. mieszkała tu ko­bieta o imieniu Ricciarella. Przeżywała bardzo obojętność swego męża - Giacomo. Pragnęła, żeby w jej małżeństwie zapanowała na nowo miłość i zgoda. Ktoś jej poradził, żeby przyniosła do domu z kościoła Komunię Św., ogrzała ją nad ogniem, aż zamieni się w proszek, a następnie dodała ją w sproszkowanej postaci do posiłku mężowi. Jeśli to zrobi, w jej małżeństwie na nowo zagości miłość.

Zdesperowana kobieta posłuchała rady. Przyniosła do domu Komunię Św., położyła ją na płytce i podeszła do ognia. Zaintrygowana, czekała, aż Hostia pod wpływem ognia zamieni się w proszek. Spotkało ją wielkie rozczarowanie i ogarnęło przerażenie, bo oto Hostia zamieniła się we fragment krwawią­cego ciała. Przerażona, zaczęła posypywać płytkę popiołem i polewała ją roztopionym woskiem. Nic to nie dało, bo Hostia nadal była kawałkiem krwawiącego ciała. W wielkim popło­chu ściągnęła ze stołu obrus, owinęła nim krwawiącą Hostię razem z płytką i pobiegła do stajni. Tam wszystko zakopała w gnoju. Trochę się odprężyła licząc, że sprawę ma załatwioną. Okazuje się, że nie na długo. Wieczorem, mąż owej kobiety, gdy wrócił z pracy, wprowadzał konia do stajni. Przed stajnią koń stanął dęba i nie chciał wejść do środka. Nie zmusiło go ani pokrzykiwanie, ani szarpanie. Dopiero straszliwe baty, które posypały się na konia, zmusiły zwierzę do przekroczenia progu stajni. Koń mimo wszystko wchodził do stajni z oporami, bo­kiem, jakby spoglądał w stronę, gdzie w gnoju była zakopana krwawiąca Hostia. Porywczy mąż owej kobiety - Giacomo oskarżył małżonkę, że rzuciła czary na stajnię i konia.

Siedem lat krwawiąca Hostia leżała ukryta w gnoju, w stajni. Wprowadzane do niej konie wchodziły tam z wielkimi oporami - bokiem, z głową zwróconą w stronę tajemniczego miejsca. Kobieta przeżywała każdego dnia straszliwe udręki i wyrzuty sumienia. Nie zaznała szczęścia i spokoju, na które tak bardzo liczyła. W końcu postanowiła przystąpić do sakramentu pokuty i wyznać grzech na spowiedzi.

Spowiedź zaczęła się od płaczu. Kobieta nie mogła wymówić nawet jednego słowa. Kapłan swoją łagodnością i przypominaniem prawdy o nieskończonym miłosierdziu Bo­żym, próbował ją uspokoić i zachęcić do wyznania grzechów. Po pewnym czasie kobieta wykrztusiła prośbę, żeby spowied­nik pomógł jej wyznać swoje grzechy. Zakonnik słuchający spowiedzi zaczął wymieniać wszelkie możliwe wykroczenia przeciwko kolejnym przykazaniom, ale kobieta milczała albo kręciła głową, że to nie jej grzechy. Sfrustrowany kapłan w końcu rzekł: "Wymieniłem wszystkie grzechy ludzkie; nie wiem coś mogła uczynić, chyba że zabiłaś Boga". Kobieta się rozpłakała i wykrzyknęła niemalże "To jest właśnie mój grzech! - Ja zabiłam Boga!" I opowiedziała o swoim czynie. Zakon­nik, zaszokowany tym, co usłyszał, widząc u kobiety skruchę i szczery żal udzielił jej rozgrzeszenia i postanowił odzyskać cudowną Hostię. Udał się do domu owej kobiety ubrany w szaty liturgiczne. Sam odrzucił gnój i śmieci. Jego oczom ukazał się obrus i płytka z Hostią nie nosząca żadnych znamion zanieczyszczenia. Przeniesiono uroczyście cudowną Hostię do klasztoru. Wszyscy zakonnicy jednomyślnie uznali, że cudownie przemieniona Ho­stia powinna być czczona i adorowana. W tym celu zamówiono specjalny relikwiarz w kształcie krzyża u weneckich mistrzów i w nim wystawiono cudownie przemienioną Hostię nad głównym ołtarzem w kościele Św. Augustyna w Offida.

Cud w Santarem (Portugalia)

W XIII wieku w miasteczku Santarem, w Portugalii, żyła pewna kobieta cierpiąca z powodu swojego niewiernego męża. Nie mogła znieść już tej udręki. Zaczęła szukać pomo­cy. Dlatego udała się do wróżki. Ta obiecała pomoc, ale nie za darmo. Wróżka chciała, żeby owa kobieta przyniosła jej z kościoła konsekrowaną Hostię. W czasie Mszy św. przyjęła Komunię św., po czym wyjęła Hostię z ust i ukryła ją pod chustką na głowie. Jednak, gdy tylko wyszła z kościoła, Hostia zaczęła krwawić. Przerażona kobieta zamiast do wróżki, pobiegła do domu. Zakrwawioną chustkę z Hostią ukryła w skrzyni na ubrania. W nocy skrzynia zaczęła promieniować tajemniczym światłem. Zdruzgotana kobieta przyznała się mężowi do swojego postępku. Przerażeni, doczekali oboje świtu. Rankiem pobiegli do kościoła, prosić o pomoc księdza. Ten przeniósł krwawiącą ciągle Hostię do kościoła św. Stefana, gdzie zatopiono ją w wosku. Odtąd świątynię zaczęto nazywać kościołem Cudu Przenajświętszego.

Gdy blisko 20 lat później otwarto tabernakulum, okazało się, że wosk zmienił się w kryształową ampułkę, Hostia zaś nosiła ślady świeżej krwi. Krew jeszcze kilkakrotnie pojawiała się w ampułce. Takie zdarzenie odnotowano w 1276 r., gdy papieżem został Portugalczyk Pedro Juliao (przybrał imię Jan XXI), a następnie - osiem miesięcy później - gdy papież zginął w wyniku runięcia sklepienia pałacu papieskiego. Krew poja­wiła się też później, gdy ampułkę wziął do ręki powątpiewający w prawdziwość cudu patriarcha Lizbony. Władze kościelne potwierdziły autentyczność tego cudu. Do 1974 r. ampułkę z jej cenną zawartością pokazywano publicznie tylko kilka razy w roku, przy okazji uroczystych procesji, m.in. w uroczystość Bożego Ciała. Obecnie wierni mogą adorować cudowną Hostię umieszczoną w kościele Cudu. Zabezpieczona szybą pancerną i systemem alarmowym, może być oglądana z bliska.

Realna obecność Jezusa we Mszy św.

Przez cuda Pan Jezus pomaga nam przyjąć z wiarą pod­stawowe prawdy naszej wiary. Z Eucharystią nierozerwalnie związana jest Msza Św. W niej ogniskuje się całe życie chrześcijańskie. Niedzielna Msza Św. winna być dla nas szczytem, do którego zmierza przeżywanie całego tygodnia, i jednocze­śnie źródłem, z którego wypływa całe życie chrześcijanina w kolejnym tygodniu. Jak przeżywać Mszę Św., żeby dla człowieka była istotnym centrum jego życia?

Na samym początku należy uświadomić sobie, że Msza Św. jest niezwykłym spotkaniem z naszym Panem, Jezusem Chrystusem. Tak, jak w dniu zmartwychwstania Jezus obja­wiał się swoim uczniom, tak samo i nam dzisiaj się objawia. Najpełniejsze objawienie i prawdziwa obecność dokonuje się w czasie Mszy Św., pod pewnymi znakami liturgicznymi.

Pierwszy znak objawiającego się Pana to wspólnota Ludu Bożego, który gromadzi się na sprawowanie Mszy Św. Jezus powiedział, że "gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam Jestem pośród nich" (Mt 18,20). We Mszy Św. ludzie gromadzą się w imię Pana Jezusa. Gdyby nie On, to by ich nie było w kościele. Możemy zatem, zgodnie z powyższymi słowami, być pewni, że Jezus jest pośród ludzi, zebranych na sprawowanie Mszy Św. Przygotowując się zatem do Mszy Św. warto sobie tę obecność Jezusa we wspólnocie uświadomić.

Drugi znak obecności Jezusa to kapłan sprawujący Mszę Św. Ksiądz jest tylko narzędziem. Działa "in persona Christi" (w osobie Chrystusa). Daje Jezusowi swoje ciało - ręce, gło­wę, usta, aby mogła się uobecnić Chrystusowa ofiara na krzy­żu. Msza Św. jest przecież ofiarą Pana Jezusa. Chleb i wino w czasie Mszy Św. stają się Ciałem i Krwią Pana Jezusa, po­mimo tego, że słowa ich przemiany wypowiada ksiądz. Ksiądz jest więc znakiem Chrystusa, co również podkreślają szaty li­turgiczne. Ksiądz, nakładając je, zakrywa samego siebie, swoją prywatność, a zwraca uwagę na Tajemnicę, którą celebruje.

Trzeci znak obecności Pana Jezusa to Słowo Boże, czyta­ne i głoszone w czasie Mszy Św. Liturgia Słowa jest działaniem nauczającego nas Pana Jezusa. To On do nas przemawia przez lektora i przez kapłana. To Słowo jest skierowane do nas, na dzisiejszy dzień i najbliższy czas. Trzeba je zatem z odpowied­nim nastawieniem przyjmować. O znaczeniu Słowa Bożego we Mszy Św. będzie mowa jeszcze w następnym rozdziale.

Czwarty i najpełniejszy znak obecności Jezusa to po­stacie Eucharystii - chleb i wino. Jezus staje się tutaj żywy i prawdziwy dla nas.

Uczestnicząc we Mszy Św. powinniśmy zatem doświad­czyć spotkania z objawiającym się nam, naszym Panem, Je­zusem Chrystusem.

Katecheza 2

Msza Św. jako ofiara i uczta Ludu Bożego

Na poprzedniej katechezie starałem się wykazać, że w czasie Mszy św. realnie jest z nami obecny Jezus.

Przypomnę, że:

- pierwszym znakiem obecności zbawiciela to wspólnota Ludu Bożego, która gromadzi się na sprawowanie Mszy Św.,

- drugim znakiem obecności Jezusa to kapłan sprawujący Mszę Św. Ksiądz jest tylko narzędziem. Działa "in persona Christi" (w osobie Chrystusa).

- trzecim znakiem obecności Pana Jezusa to Słowo Boże, czyta­ne i głoszone w czasie Mszy Św. Liturgia Słowa jest działaniem nauczającego nas Pana Jezusa.

- czwartym i najpełniejszym znakiem obecności Jezusa to po­stacie Eucharystii - chleb i wino. Jezus staje się tutaj żywy i prawdziwy dla nas.

Biorąc udział w celebracji Mszy św. należy pamiętać przed Kim stajemy i z Kim się spotykamy. Msza św. to nie tylko rytuał religijny, który ciągle się powtarza, ale to uobecnienie i uaktualnienie w znaku sakramentalnym tajemnicy życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Uczestnicząc we Mszy Św. powinniśmy zatem doświad­czyć spotkania z objawiającym się nam, naszym Panem, Je­zusem Chrystusem.

Dziś spojrzymy na Mszę św. jako na ofiarę, którą Chrystus składa Ojcu Przedwiecznemu, a my jako członkowie „Mistycznego Ciała” składamy ją razem z Nim. Podkreślimy także jeszcze jeden aspekt tajemnicy Eucharystii, który się przed nami odkrywa. Ukażemy ją jako ucztę, w której uczestniczy Lud Boży.

Msza Św. jako ofiara.

Dokumenty Kościoła (np. "Eucharisticum mysterium" z 1967 r.) mówią o Mszy Św. jako trzech rzeczywistościach: ofierze, uczcie, tajemnicy paschalnej.

Msza Św. jest ofiarą, którą składa Jezus Chrystus i Ko­ściół Bogu Ojcu pod postaciami chleba i wina. Chleb i wino są symbolami ludzkiej pracy, cierpienia, życia. Jeśli przyjrzy­my się procesowi powstawania chleba, łatwo zauważyć, jak wiele ludzkiej pracy jest w ten proces zaangażowane. Ktoś musiał uprawiać ziemię, zasiać zboże, ściąć je, wymłócić, zawieźć ziarno do młyna, przerobić je na mąkę. Mąkę z kolei przewieźć do piekarni, w której wypieka się chleb euchary­styczny i przywieźć go z kolei do kościoła. Tak więc w ka­wałku chleba - białej hostii, w czasie Mszy Św., ofiarowana jest Panu Bogu praca człowieka, jego trud, zmęczenie, krople potu, może cierpienie, walka ze sobą, ze swoim lenistwem, wygodnictwem, zmaganie się o życie w czystości ... Moż­na powiedzieć, że symbolicznie ofiarowuje się Panu Bogu ludzkie życie - to konkretne z minionego tygodnia (dnia). Człowiek przychodzący na Mszę Św., w czasie przygotowania darów (ofiarowania) winien Panu Bogu ofiarować to wszyst­ko, czym żył w minionym tygodniu - prace, plany, radości, smutki, zmęczenie. To wszystko Jezus włącza w swoją Ofiarę, a w momencie konsekracji, zamieni to w Siebie - w swoje Ciało i Krew. Utożsami się z moim życiem, z moją ofiarą. Moja co­dzienność stanie się wtedy drogą uświęcenia, drogą spotkania z Bogiem. Jeżeli człowiek tak przeżywa Mszę Św., wtedy nie jest znużony, ponieważ na ołtarzu leży kawałek mojego życia - z minionego tygodnia. Msza Św. ma wtedy dla mnie swoją wartość. Staje się celem mojego życia - wtedy przeżywam tydzień w kontekście Mszy Św. Wiem, że w niedzielę stanę przy ołtarzu i złożę Bogu swoje dary. Odwołajmy się znów do świadectwa Cataliny o tym momencie Mszy Św. - ofiarowaniu (przygotowaniu darów):

"Nastąpiło ofiarowanie i Matka Boża powiedziała:

Módl się w ten sposób: "Panie, ofiarowuję Ci się cała, taka, jaka jestem, wszystko, co mam i co mogę. Wszystko wkładam w Twoje ręce. Boże Wszechmogący, przez zasługi Twojego Syna, przemień mnie. Proszę Cię za moją rodzinę, dobrodzie­jów, za wszystkich ludzi, którzy walczą przeciw nam, za tych, którzy polecali się moim modlitwom. Naucz mnie kłaść moje serce na ziemi, aby ich droga była mniej twarda". Tak modlili się święci. Chcę, abyście wszyscy też tak czynili.

Nagle z ławek zaczęły się podnosić jakieś postacie, których wcześniej nie widziałam. Wyglądało to tak, jakby ze strony każdej osoby obecnej w katedrze, wstała inna osoba. Wkrótce nawa główna zapełniła się młodymi, pięknymi ludźmi. Byli ubrani w lśniąco białe szaty. Matka Boża powiedziała:

Patrz. To Aniołowie Stróże każdej z osób, która znajduje się w kościele. To właśnie w tym momencie twój Anioł Stróż zanosi twoje dary i prośby przed ołtarz Pana. Ich rysy twarzy były bardzo piękne, niemal kobiece, zaś wzrost, budowa ciała oraz ręce męskie. Nagie stopy nie dotykały ziemi. Część z nich niosła jakby złotą misę z czymś, co promieniowało czystym, złotym światłem. Najświętsza Panna powiedziała: To Aniołowie Stróże tych ludzi, którzy ofiarują Msze św. w wielu intencjach i którzy świadomi tego, co znaczy ta celebracja. Oni mają coś do ofiarowania Panu. Ofiaruj siebie w tym momencie ... Podaruj swoje żale, bóle, nadzieje, smutki, radości, prośby. Pamiętaj, że Msza św. ma nieskończoną wartość. Z tego względu, bądź hojna w ofiarowaniu i w prośbach. Za pierwszymi Aniołami postępowali następni, którzy mieli puste ręce. Matka Boża powiedziała: To Aniołowie Stróże ludzi, którzy tutaj, ale nigdy nic nie ofiarują. Nie zainteresowani przeżywaniem każdego momentu Mszy św. i nie mają daru do zaniesienia przed ołtarz Pana. Na końcu procesji szli Aniołowie, którzy byli dosyć smutni, z rękami splecionymi do modlitwy, ale ze spusz­czonym wzrokiem. To Aniołowie Stróże ludzi, którzy tutaj, ale którzy przyszli z obowiązku, bez pragnienia uczestniczenia we Mszy św. Aniołowie idą dalej smutni, ponieważ nie mają nic do złożenia na ołtarzu, poza własnymi modlitwami. ( . .) Nie za­smucaj swojego Anioła Stróża. Proś o wiele, nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich. Pamiętaj, że ofiara, która najbardziej podoba się Panu, to ta, gdy samą siebie ofiarujeszjako ofiarę całopalnCb tak, aby Jezus mógł przemienić ciebie przez Swoje zasługi. Co możesz ofiarować Ojcu sama z siebie? Nicość i grzech. Ojcu podobają się ofiary połączone z zasługami Jezusa. "

Żeby tak przeżywać Mszę Św. nie wystarczy przyjść do kościoła w ostatniej chwili, zająć miejsce w ławce, pod par­kanem czy gdzieś w kącie kościoła i myśleć o niczym. Trzeba się do Mszy Św. przygotować. Warto się zastanowić idąc na Mszę Św., co ja Panu Bogu mogę ofiarować z mojego życia, mojej pracy.

 

Msza Św. jako uczta Ludu Bożego.

Każdy z nas przynajmniej raz w życiu był na uczcie.

Mamy więc pojęcie o tym, jak wygląda uczta weselna, z okazji chrztu, I Komunii, imienin czy urodzin. Uczta bowiem jest zgromadzeniem ludzi dla uczczenia jakiegoś wydarzenia. Przychodząc na ucztę zajmujemy miejsce przy stole, na którym gospodarze przygotowali wyborne potrawy. Jednym z celów ucztowania jest bowiem jedzenie.

Msza Św. jest ucztą, na którą zaprasza nas sam Bóg.

Chce karmić nas Swoim Słowem oraz Ciałem i Krwią Swojego Syna, Jezusa Chrystusa. Przychodząc na Mszę Św., zajmujemy miejsce przy stole, a właściwie przy dwóch stołach:

- ambonce, stole Słowa Bożego;

- ołtarzu, stole Eucharystii.

Na tych dwóch stołach przygotowany jest dla nas pokarm na najbliższy tydzień (w przypadku niedzielnej Mszy Św.) lub dzień (gdy uczestniczymy codziennie we Mszy Św.).

Słowo Boże czytane w czasie każdej Mszy Św. jest mową Pana Boga do nas skierowaną na naszą sytuację życiową dzi­siaj. Pan Bóg przez to Słowo nas naucza, mówi nam, na co w naszym życiu powinniśmy zwrócić uwagę, podpowiada, w jaki sposób powinniśmy układać nasze życie, co w nim zmie­nić, poprawić. Słowo Boże jest takim światłem dla naszego życia. Czasami wydaje się nam to Słowo Boże niezrozumiałe, nie dotykające naszego życia, abstrakcyjne, nie dzisiejsze. Są to tylko nasze wrażenia, nie mające pokrycia w rzeczywistości. Jeśli jest ono dla nas niezrozumiałe, to znaczy, że domaga się od nas choćby trochę wysiłku, żeby je zrozumieć. W dzisiej­szych czasach nie powinno być z tym większego problemu. Komentarze do niedzielnych czytań drukowane są nie tylko w książkach specjalistycznych dla księży, ale także w katolic­kich czasopismach. W radiu i telewizji są audycje z komenta­rzami nie tylko do niedzielnych, ale nawet i do codziennych czytań. Ci, którzy maja dostęp do Internetu, bez problemu mogą znaleźć wiele komentarzy.

Warto też uświadomić sobie zasady według, których wy­biera się czytania na poszczególne niedziele. Czytania Mszy Św. niedzielnych są podzielone na trzy roczne cykle: A, B, C. W roku A czytana jest Ewangelia według Św. Mateusza, w roku B - Ewangelia według Św. Marka, a w roku C - Ewangelię według Św. Łukasza. Fragmenty Ewangelii według Św. Jana czyta się w niektóre niedziele w każdym z tych cykli. Liturgia Słowa niedzielnej Mszy Św. składa się z trzech czytań. Pierwsze czy­tanie pochodzi ze Starego Testamentu i najczęściej zapowiada wydarzenie, o wypełnieniu którego mówi z reguły fragment Ewangelii. Drugie czytanie pochodzi z Nowego Testamentu (ale nie z Ewangelii) i jest czytane na zasadzie kontynuacji. Pierwsze czytanie od drugiego oddziela psalm responsoryjny, który jest modlitewną refleksją nad treścią czytania. Werset przed Ewangelią (poprzedzony słowem "alleluja"), wprowadza w treść Ewangelii.

Liturgia Słowa dni powszednich obejmuje dwa czyta­nia - pierwsze ze Starego lub Nowego Testamentu ułożone w cyklu dwuletnim (rok I lub rok II), drugie czytanie natomiast pochodzi z Ewangelii (czytane na zasadzie kontynuacji).

Słuchając Słowa Bożego w czasie niedzielnej Mszy Św., należy czynić to z uwagą, ze świadomością, że Bóg mówi do mnie. Gdy człowiek rozmawia ze swoim szefem w pracy, czy też z kimś od kogo zależy jego los, to słyszy nie tylko wypowie­dziane słowa, ale nawet te, których nie wypowiedziano. Skoro tak słucha się drugiego człowieka, wobec tego, jak powinniśmy słuchać Pana Boga. Trzeba zatem ciągle uświadamiać sobie powagę chwili, wewnętrznie się mobilizować i stawiać Panu Bogu podstawowe pytanie: "Co Ty, Panie chcesz mi przez to Słowo powiedzieć?" Pierwszym warunkiem życia według słowa Bożego jest takie słuchanie, aby Je usłyszeć, zrozumieć, zapamiętać i wprowadzić w życie.

Drugi pokarm, którym karmi nas Bóg, to Eucharystia ­Komunia Św. O tym pokarmie Pan Jezus powiedział, że jest niezbędny dla życia wiecznego: "Kto spożywa Moje Ciało i pije Moją Krew, ma życie wieczne" (J 6,54); "Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest Moje ciało za życie świata" (J 6,52). Komunia Św. jest zatem niezbędnym pokarmem dla życia wiecznego. Gdyby ktoś za­przestał przyjmowania pokarmów, to wcześniej czy później czeka go śmierć z głodu, jego życie się skończy. Podobnie z życiem Bożym w człowieku - bez Komunii Św. zaczyna ono zamierać w człowieku. Przyjmowanie Komunii Św., karmienie się Ciałem Pańskim w czasie Mszy Św., jest bardzo ważne dla życia Bożego w nas. Niezrozumiałe jest uczestniczenie we Mszy Św. bez karmienia się Komunią Św. Wyobraźmy sobie człowieka, który został zaproszony na przyjęcie, siadł za stołem i nic nie je. Zachowanie takiego człowieka byłoby co najmniej dziwne. Ten, kto zaprosił takiego gościa, mógłby poczuć się urażony, że pogardza się przygotowanym jedzeniem. Ci, którzy nie przystępują do Komunii Św. w czasie Mszy Św. właśnie tak się zachowują. Co musi czuć Jezus, który człowieka chce sobą karmić, a człowiek nie chce tego pokarmu.

O tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy przyjmuje Komu­nię Św. pisze wspomniana we wstępie Catalina Rivas, mająca objawienia dotyczące Mszy Św.: "Ludzie zaczęli opuszczać ławki, aby przystąpić do Komunii św. Nastąpił wielki moment spotkania. Pan powiedział do mnie: Poczekaj, chcę, abyś coś zobaczyła. Wewnętrzny impuls kazał mi skierować wzrok na pewną osobę, która wyspowiadała się przed Mszą Św. Kiedy ksiądz umieścił Świętą Hostię na jej języku, blask światła, po­dobnego do czystego złota, przeszedł przez tę osobę, najpierw przez jej plecy, potem otoczył ją z tyłu, następnie dookoła jej ramion, a na końcu dookoła głowy. Pan powiedział: Oto, jak raduję się, obejmując duszę, która przychodzi z Czystym ser­cem, aby Mnie przyjąć. Głos Jezusa był głosem szczęśliwej osoby. Kiedy poszłam przyjąć Komunię św., Jezus powiedział do mnie: Ostatnia Wieczerza była momentem największej blisko­ści ze Mną. W tej godzinie miłości ustanowiłem coś, co mogło

być pojęte jako największy akt obłędu w oczach człowieka: uczyniłem Siebie wźniem Miłości, ustanowiłem Eucharystię. Chciałem pozostać z wami do końca świata, ponieważ Moja Miłość nie mogła znieść, że zostalibyście sierotami, których kocham hardziej niż własne życie.

Przyjęłam Hostię. Jej smak był zmieniony, jakby stała się mieszaniną krwi i kadzidła, które mnie całą ogarnęło. Od­czuwałam taką miłość, że łzy płynęły mi z oczu i nie mogłam ich powstrzymać. "

Moment Komunii Św. jest zatem czasem mistycznego zjednoczenia z Chrystusem. Nie można zapomnieć, że to przecież żywy i prawdziwy Jezus staje się w nas obecny. Jego serce bije w naszym. Jesteśmy jak Maryja po zwiastowaniu. W jej łonie rozwijało się dzieciątko Jezus - Syn Boga Żywego. W człowieku jest podobnie - żywy i prawdziwy Jezus. Trwając na modlitwie powinniśmy Jezusowi dziękować za Jego miłość, za Jego bliskość, za to, że nas kocha. Powinniśmy wyznawać Jezusowi naszą miłość. Nigdy tu na ziemi człowiek nie jest tak blisko z Jezusem. Należy wykorzystać to niezwykłe zjednocze­nie i podziękować Jezusowi za Jego miłość. Odwołajmy się do objawień Cataliny dotyczących tego momentu: " Wróciłam na swoje miejsce i uklęknęłam. Pan powiedział: Słuchaj. Chwilę później usłyszałam modlitwę siedzącej przede mną kobiety, która właśnie przyjęła Komunię św. To, co mówiła, nie otwie­rając ust, brzmiało mniej więcej tak: Panie, pamiętaj o tym, że to już koniec miesiąca i że nie mam pieniędzy, żeby zapłacza mieszkanie i opłacić samochód, szkołę dzieci. Musisz coś zrobić, aby mi pomóc. Proszę, spraw, by mój mąż nie pił tak dużo. Nie mogę dłużej znosić jego pijaństwa. Mój młodszy syn będzie po raz kolejny powtarzał rok w szkole, jeśli mu nie pomożesz. Ma egzaminy w tym tygodniu. I nie zapominaj o sąsiadce, która ma się przeprowadzić. Niech to zrobi szybko, bo już nie potrafię jej znieść, itd., itd. Jezus powiedział smutnym głosem: Słyszałaś jej modlitwę? Ani razu nie powiedziała, że Mnie kocha. Ani razu nie podziękowała Mi za dar jaki jej da­łem, zniżając Swoją Boskość do jej biednego człowieczeństwa po to, by przyciągnąć ją do Siebie. Ani razu nie powiedziała:

Dziękuję Ci, Panie. To była litania próśb. I tak robią prawie wszyscy którzy przychodzą Mnie przyjąć. Umarłem z miło­ści i zmartwychwstałem z miłości, czekam na każdego z was i z miłości zostaję z wami ... Ale nie zdajecie sobie sprawy, że potrzebuję waszej miłości. Pamiętajcie, że jestem żebrakiem Miłości w tej wzniosłej dla duszy godzinie. "

Ten niezwykły moment przyjęcia Komunii Św. jest wielką łaską dla człowieka - warto tego nie zmarnować przez nasze roztargnienie, zatroskanie o sprawy codzienne czy też przez nieuświadomienie sobie powagi chwili.

Może nasunąć się nam pytanie, dlaczego Jezus, skoro jest żywy i prawdziwy w Komunii Św. musi stawać się chlebem. Czy nie mógłby nas karmić rzeczywiście jakimś kawałkiem swojego Ciała (mięsem)? Dlaczego tak się ukrył? Odpowiedź jest bardzo prosta. Gdyby rzeczywiście, w czasie Mszy Św., chleb i wino zamieniały się w normalne, żywe ciało (mięso) i krew, to tak naprawdę, któż z nas ośmieliłby się iść do Komunii Św.? U wielu osób pojawiłby się odruch obrzydzenia, bo jak tu w kościele jeść surowe, na dodatek żywe mięso. Wielu miałoby opory z pro­stego powodu, że nie lubią surowego mięsa. Inni mieliby opory z powodu kanibalizmu. Przecież nie jestem kanibalem, żebym jadł żywe Ciało Jezusa. Jezus stał się Chlebem - pokarmem, który jest najłatwiej przez nas przyswajalny, który nigdy nikomu się nie znudzi. Jezus stając się Chlebem, dostosował się do nas, do naszych możliwości. Nie chce nas zmuszać do pokonywania jakichś wewnętrznych oporów. Pragnie, aby Komunia Św. była dla nas najbardziej przyswajalnym pokarmem.

Wymiar uczty we Mszy Św. nie wyczerpuje się tylko w przyjmowaniu pokarmu przygotowanego przez Boga. Na każdym przyjęciu prowadzi się przecież rozmowy, śpiewa, tańczy. Te elementy też mają miejsce we Mszy Św. Rozmowa z Bogiem to przecież modlitwa, a tej we Mszy Św. nie brakuje. Jest zarówno wspólnotowa, gdy wspólnie odmawia się odpo­wiednie formuły i zwroty, a także indywidualna, gdy człowiek w swym sercu bezpośrednio zwraca się do Boga. Śpiewane pieśni - to modlitewne rozważania, które mają nam pomóc lepiej przeżyć to Misterium Mszy Św.

Podsumowując ten wymiar Mszy Św. nasz udział sprowadza się do:

- współofiarowania się z Chrystusem,

- słuchania Słowa Bożego,

- przyjęcia Komunii Św.,

- włączania się w śpiewy i modlitwy.

Katecheza 3

MSZA ŚW. – ofiarą, którą my składamy z siebie

1. Msza św. to ofiara, w której Jezus ofiaruje się za nas swemu Ojcu.

Ofiara to dar – to rzecz, coś, co oddajemy Bogu, aby Go uczcić – oddać hołd należny – okazać, że uznajemy Go właścicielem wszystkiego – a my tylko jesteśmy zarządcami, dzierżawcami, życia i dóbr.

2. Bóg nie potrzebuje naszych ofiar tak jak ojciec od dziecka, bo to wszystko jest Jego, ale patrzy na cel, na intencje.

Imieniny ojca.

–        dziecko przygotowuje upominek z kieszonkowego dla ojca,

–        rezygnuje z czegoś, co należy do niego, a co wcześniej otrzymał od ojca, wyrzeka się tego, aby zrobić przyjemność ojcu,

–        ojciec cieszy się z najmniejszego prezentu, bo wie, że dziecko zrezygnowało z czegoś dla niego; chciało go w ten sposób uhonorować, uczcić;

–        nie jest ważne jaki to rodzaj prezentu – liczy się intencja, pamięć i szacunek jakie dziecko zawarło w swej postawie wobec ojca, wręczając mu prezent,

–        ojciec widzi i docenia to wyrzeczenie na jakie zdobyło się dziecko.

3. Człowiekowi zawsze towarzyszyło poczucie winy – zależności od Boga, bóstwa i odczuwał potrzebę przebłagania za słabości. Uważano, że skuteczniej czyni to ofiara, która jest ubytkiem z tego co posiadam – czyni to, lepiej aniżeli sama modlitwa (życzenia i prezenty).

4. U  wszystkich ludów są ofiary ze zwierząt i płodów ziemi i są kapłani do ich składania.

Plutarch.

Plutarch filozof z I w. po Ch., stwierdził: „możesz znaleźć miasta bez murów, bez królów, praw, ale nikt nie widział narodu bez Boga, bez modlitwy, bez ofiary”.

Ofiary ze zwierząt wydały się niewystarczające, zaczęto w ofierze składać ludzi. Uważano, że człowiek jest darem bóstwa, więc i to, należy się mu oddać.

-   w Meksyku napotkano składanie ofiar z wrogów,

-   w Sumatrze i Nowej Gwinei ciała dzieci kładziono pod progiem nowego domu, by wyjednać przychylność, błogosławieństwo bóstwa,

-  w Babilonii odkryto ciała dzieci zamurowane w ścianach domu,

-    u ludów pierwotnych – Pigmejów – pierwszy zdobyty owoc rzucają na ziemię.

Plaster miodu.

Uczony Sebasta wybrał się z tubylcami do dżungli na zbieranie miodu. Kiedy znaleziono pierwszy plaster miodu, bardzo okazały, wódz rzucił go na ziemię. Wtedy, uczony Sebesta zapytał, dlaczego najlepszy plaster miodu rzucił na ziemię – wódz odparł: to dla tego, który nam to dał. Uczony odparł: jak to przecież pszczoły dają miód. Wódz, rzekł: a kto nauczył pszczoły robić mód”.

5. Jak człowiek oddał dar Bogu?

Niszczył rzecz.

Swój dar człowiek niszczył przez spalenie – przez to stawał się uboższy, by tym skuteczniej wyprosić u Boga łaski, przychylność, błogosławieństwo.

Lecz nawet najwznioślejszymi ofiarami człowiek nie był w stanie przebłagać Boga za nieskończoną obrazę. Musiał przyjść moment wystarczającej ofiary – a była nią ofiara krzyża. By jednak ofiara krzyża nie poszła w zapomnienie musiało nastąpić jej powtarzanie – jakby odpis oryginału. Jest nią Msza św. Darem było Ciało Jezusa.

Parafia skupia różnych ludzi: lepszych i gorszych, uczciwych i nieuczciwych, żarliwych religijnie i obojętnych. Za nich wszystkich Chrystus złożył ofiarę i dał szansę zbawienia; od nich wszystkich należy Mu się hołd – a tym jest Msza św.

6. Msza św. jest ofiarą Jezusa i jest ofiarą każdego z nas. Msza św. jest ofiarą bo przynośmy dar – hostię wyprodukowaną przez wszystkich ludzi. By ją wyprodukować trzeba wielu ludzi. Rolnik – sieje ziarno; młynarz je miele; piekarz wypieka. By rolnik mógł obsiać pole potrzebne są mu narzędzia do uprawy roli; by mogły powstać maszyny rolnicze, piec do pieczenia chleba – potrzebna jest stal. Są więc potrzebne huty, kopalnie rudy żelaza, węgla itp. A transport? Ktoś musi te wszystkie towary przewieść i dostarczyć na miejsce przeznaczenia. Już widzimy, że wszyscy ludzie mają swój wkład w przygotowaniu hostii, którą w czasie Mszy św. jako ofiar składamy. Składamy ją, oddajemy Bogu, niejako tak, jak kiedyś ofiarowywano zwierzęta.

My do tego daru dołączamy zebrane przez cały tydzień dary miłości, pokoju z bliźnimi, uczciwości, poszanowanie pracy, troski codzienne, problemy swego życia, smutki, tęsknoty, radości, nadzieję, bóle, choroby. To wszystko składamy na ołtarzu z tym chlebem pracy rąk naszych. Z czym ty stajesz na każdej Mszy św.? Co przynosisz? Czy umiesz je składać na ołtarzu? Dołączyć do hostii!

To wszystko przemienia się w Ciało Jezusa. Jest ten dar z Jezusem niszczony. Niszczony naszymi ustami gdy przyjmujemy go w Komunii. Czy wierzysz w to?

7. Z czasem ludzkość zamieniła ofiary z płodów ziemi na fundacje potrzebne na utrzymanie kultu Bożego i pokrycie kosztów z tym związanych przez składanie ofiar pieniężnych. W pieniądzu składam ofiarę Bogu. Chcę ze swego coś dać Bogu! Pragnę zrezygnować z czegoś dla Boga. To symbol ofiarowania siebie samego. Chcę mieć udział w łasce jaką Bóg przez ofiarę Mszy św. udziela ludziom. Wielu z nas ma zamknięte dłonie, bo przez cały tydzień nic nie zebrali dla Boga. Nie potrafimy dać coś z siebie nawet intencji. Czy to rozumiesz? W twojej intencji są często odprawiane Msze św.

Młoda dziewczyna

Przed ołtarzem stoi co dzień młoda dziewczyna na jednej drewnianej nodze i modli się na Mszy św. Dlaczego tak robisz – składam ofiarę, gdy inni używają świata. Do ofiary Chrystusa dołącza swoją – a ty?

Poświęcenie matki

W czasie wojny niemiecko-rosyjskiej w Kielcach, szedł lekarz wczesnym rankiem pustą ulicą. Na rogu spotkał wynędzniałą postać starszej kobiety z zawiniątkiem. Odezwała się po rosyjsku pytając o obóz jeńców rosyjskich, bo dowiedziała się, że jest tu jej syn. Doszły ja wieści, że Niemcy nie dają jeść. Wzięłam trochę chleba i niosę mu. Skąd jesteście – z Kijowa – już miesiąc idę żeby syn z głodu nie umarł. Codziennie z obozu setki trupów wywożono, umarłych z głodu do wspólnego dołu. Lekarz wskazał jej drogę, ale czy znalazła syna?

Ile poświęciła? Jaką ofiarę matczynego serca złożyła?

O ile więcej ofiarował Jezus składając ofiarę życia na krzyżu i zostając więźniem tabernakulum, by tylko nas karmić, abyśmy nie umarli z głodu Boga. Czy to rozumiesz?

 Dowódca floty

Dowódca floty hiszpańskiej podczas burzy stracił wszystkie okręty. Został się tylko jeden, który ostatkiem sił przeciwstawiał się naporowi burzy. Na pokładzie spostrzegł małe dziecko trzymające się mocno żelaza. Chwycił je podniósł do góry wołając: „Boże my grzeszni, zasłużyliśmy na kary, ale dla tego niewinnego dziecka – przebacz i nam”. Uciszyło się.

Ziemia ze względu na ogrom popełnionych grzechów już dawno by zginęła, gdyby nie to Boże Dziecię w hostii i tyle podniesionych rąk przy ołtarzach świata wołających o ratunek i przebaczenie. Na świecie jest około 400 tyś. kapłanów. Oni o różnej porze składają ofiarę. Gdy tu noc, to tam dzień.  Na Wschodzie i Zachodzie; południu i północy. Cała kula ziemska opasana pierścieniem podniesionych rąk kapłańskich wznoszących Hostie. Oni czynią to w twoim imieniu, za ciebie i dla ciebie. Jak zachowujesz się w tym czasie? Jak to przeżywasz? Czy to rozumiesz? Co czynisz, aby dobrze przeżywać Mszę św.? Co robisz, by poprawić braki? Niech to będzie naszą refleksją i zamyśleniem.

Prośmy Boga, by dał łaskę zrozumienia czym jest Msza św. i pociągnął nas do częstego czerpania z jej owoców!

KATACHEZA 4

 

Msza Św. jako tajemnica Paschy.

 

Pascha to żydowskie święto obchodzone na pamiątkę wyjścia Izraelitów z niewoli egipskiej. Tego terminu w Ko­ściele używa się również na określenie przejścia Pana Jezusa ze śmierci (na krzyżu) przez zmartwychwstanie do Nowego Życia. To przejście Pana Jezusa uobecnia każda Msza Św. Na ołtarzu, podczas każdej Eucharystii, uobecnia się śmierć Pana Jezusa z Wielkiego Piątku i Jego zmartwychwstanie z niedzielnego poranka wielkanocnego. Czas agonii i śmierci na krzyżu z Wielkiego Postu uobecnia się w czasie konse­kracji. Wtedy to na słowa konsekracji ("Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje ... " oraz "Bierzcie i pijcie, to jest Kielich Krwi mojej ... ") chleb staje się Ciałem Pana Jezusa, a wino Krwią Pańską. Ciało jest oddzielone od Krwi. Wiemy dobrze, że do śmierci nie potrzeba nawet całkowitego wykrwawienia orga­nizmu, wystarczy że ubędzie 113 objętości Krwi. Tutaj mamy oddzielenie jednego od drugiego. Można więc powiedzieć, że mamy w tym momencie uobecnioną śmierć Pana Jezusa. Na naszych oczach, z tą tylko różnicą, że dokonuje się to pod postaciami liturgicznych znaków. Na znak naszego szacunku i uniżenia się przed tym niezwykłym wydarzeniem klęka się w tym momencie. My uczestniczymy w tej odkupieńczej śmierci naszego Pana, zostajemy zabrani na Golgotę i stoimy pod krzyżem. Można się zastanawiać, dlaczego to niezwykłe wydarzenie dokonuje się pod postaciami Eucharystii, a nie wprost. A któż z nas byłby w stanie stać pod krzyżem i patrzeć na umierającego Jezusa? Kto byłby w stanie wytrwać patrząc na poranione w czasie biczowania i ociekające krwią Ciało Jezusa. Kilka lat temu, gdy wyświetlany był w kinach film ,,Pasja", jakaż dyskusja przetoczyła się przez Polskę! Krytykowano reżysera za to, że takie okrucieństwa zawarł w swoim filmie. Wielu nie mogło znieść pokazanego bardzo realistycznie cierpienia Pana Jezusa, choć tylko było ono na kinowym ekranie, a nie w rzeczywistości. Cóż by się działo, gdyby w czasie Mszy Św. bez liturgicznych zna­ków, na naszych oczach lała się krew, a Jezus umierał w okrutnych konwulsjach. Może na początku, dla sensacji uczestniczyłyby we Mszy Św. niezliczone rzesze ludzi, ale na dalszą metę trwałaby dyskusja, czy cywilizowany człowiek może w takim okrucień­stwie uczestniczyć. Być może w imię humanizmu zakazano by odprawiania Mszy Św., żeby chronić Pana Jezusa. Którzy rodzice zezwoliliby swoim dzieciom uczestniczyć we Mszy Św.? Dla naszego bezpieczeństwa, wygody Pan Jezus ukrył to wszystko pod znakami liturgii, aby człowiek mógł "bezboleśnie" w tym niezwykłym misterium uczestniczyć.

Odwołajmy się znów do objawień Cataliny Rivas: "Na­stąpił moment Konsekracji, cudu nad cudami. Za arcybiskupem pojawił stłum ludzi. Wszyscy mieli na sobie tuniki w kolorach pastelowych. Ich twarze były promienne, pełne radości. Mo­głoby się komuś wydawać (nie umiem powiedzieć, dlaczego), że byli ludźmi w różnym wieku, ale ich twarze miały szczęśli­wy wyraz i były bez zmarszczek. Klęknęli, podobnie jak przy śpiewie "Święty, Święty, Śwty". Matka Boża powiedziała:

To są wszyscy święci i błogosławieni. Pomiędzy nimi są du­sze twoich krewnych, którzy już cieszą się oglądaniem Boga. Potem zobaczyłam Matkę Bożą, dokładnie po prawej stronie celebransa, krok za nim. Była zawieszona lekko nad podłogą, klęczała ubrana w jas, przeźroczystą, ale jednocześnie świe­tlaną niczym woda, krystaliczną tkaninę. Najśwtsza Panna, ze ożonymi rękoma, spoglądała uważnie i z szacunkiem na celebransa. wiła do mnie stamtąd, ale cicho, prosto do serca, nie patrząc na moją twarz: Dziwi cię, że widzisz mnie stojącą za celebransem, nieprawdaż? Tak właśnie powinno być ... Z całą miłością, jaką mój Syn mi daje, nigdy nie dał mi godności, jaką obdarzył kapłanów - daru kapłaństwa do uobecniania codziennego Cudu Eucharystii. Z tego powodu czuję głęboki szacunek dla ksży i dla cudu, jaki Bóg czyni przez ich posługę. To właśnie zmusza mnie do klęknięcia tutaj, za nimi. Boże mój, jaką godność, jaką łaskę zlewa Pan na dusze kapłańskie, a ani my, ani czasem wielu z nich nie uświadamia sobie tego!

I przed ołtarzem pojawiły się cienie ludzi w szarych kolorach ze wzniesionymi rękoma. Maryja powiedziała: To są błogosławione dusze czćcowe, które czekają na wasze modlitwy, aby dokonało się ich oczyszczenie. Nie przestawajcie wstawiać się za nimi. I Oni modlą się za wami, ale nie mogą modlić się za siebie. To wy macie się za nich modlić, aby pomóc im wydostać się z czyśćca, aby mogli być z Bogiem i cieszyć się wiecznie Jego obecnością.

I Maryja dodała: Teraz widzisz, że jestem tutaj cały czas.

Ludzie udają się na pielgrzymki, szukając miejsc, gdzie się ob­jawiłam. To dobrze, ze względu na łaski, które tam otrzymają· Ale podczas żadnego z objawień... nie jestem bardziej obecna niż w czasie Mszy św. Zawsze mnie odnajdziesz u stóp ołtarza, gdzie odprawia się Eucharystię. U stóp tabernakulum trwam z Aniołami, ponieważ jestem zawsze z Jezusem.

Widząc to piękne oblicze Matki oraz wszystkich innych z promieniującymi twarzami, złączonymi rękoma, czekających na cud, który powtarza się nieustannie, czułam się, jakbym była w samym niebie. I pomyśl, że są ludzie, którzy w tym momencie są rozproszeni na rozmowie. Przykro mi to mów, ale wiele osób stoi z założonymi rękom, tak jakby składali hołd Panu, jak równy równemu sobie. Powiedz wszystkim ludziom, że człowiek nigdy nie jest bardziej człowiekiem, niż kiedy upada na kolana przed Bogiem.

Celebrans wypowiedział słowa Konsekracji. Choć był człowiekiem normalnego wzrostu, nagle zaczął rosnąć i wypeł­niać się nadnaturalnym światłem, które otoczyło go i przybrało na sile wokół twarzy. Z tego powodu nie mogłam dostrzec jego rysów. Kiedy podniósł Hostię, zobaczyłam jego ręce. Na ich wierzchniej stronie miał jakieś znaki, które emanowały świa­tłem. To był Jezus! W tym momencie Hostia zaczęła rosnąć i stała się wielka. Na Niej ukazała się cudowna twarz Jezusa, spoglądającego na swój lud. Instynktownie chciałam skłonić głowę, ale Matka Boża powiedziała: Nie patrz w dół. Podnieś swój wzrok i kontempluj Go. Wpatruj się w Niego i powtarzaj modlitwę z Fatimy: Panie, wierzę, adoruję, ufam i kocham Ciebie. Proszę o przebaczenie dla tych, którzy nie wierz(b nie adoruj(b nie ufają i nie kochają Ciebie. Teraz powiedz Mu, jak bardzo Go kochasz i składaj hołd Królowi królów. Wydawało mi się, że byłam jedyną osobą na którą patrzył z ogromnej Hostii, ale zrozumiam, że On w ten sposób, tj. z bezgraniczną miłością  patrzy na każdą osobę. Przez ułamek sekundy pomy­ślałam, że Jezus jakby trzymał ciało celebransa i równocześnie był w Hostii, którą celebrans właśnie obniżył, opuszczając ramiona. Hostia stała się znowu mała. Celebrans położył na ołtarzu Hostię i natychmiast wrócił do normalnych rozmiarów. Kiedy wypowiedział słowa konsekracji wina, pojawiła się światłość, ściany i sufit kościoła zniknęły. Wtedy zobaczyłam zawieszonego w powietrzu Jezusa ukrzyżowanego. Byłam w stanie kontemplować Jego twarz, pobite ramiona i pokaleczone ciało. Z prawej strony piersi miał ranę, z której wytryskiwała krew w lewym kierunku oraz coś, co przypominało wodę, ale było bar­dzo błyszczące, w prawym kierunku. Wyglądało to jak strumienie światła, spływające na wiernych. W tym momencie Matka Boża powiedziała: To jest cud nad cudami. Pan nie jest skrępowany ani czasem ani miejscem. W momencie Konsekracji całe zgro­madzenie jest zabierane do stóp Kalwarii w chwili ukrzyżowania Jezusa. Czy można sobie to wyobrazić? Nasze oczy nie potrafią tego zobaczyć, ale wszyscy jesteśmy obecni w tej chwili, kiedy krzyżują Jezusa i kiedy prosi On o przebaczenie Ojca nie tylko tym, którzy Go zabijać lecz (i nam) każdego naszego grzechu: " Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią!".

Zmartwychwstanie uobecnia się przed Komunią Św. Gdy ludzie zgromadzeni na Mszy śpiewają wezwanie "Ba­ranku Boży ... " celebrans łamie Hostię na trzy części - dwie duże (mniej więcej połówki), które potem ukazuje ludziom mówiąc słowa: "oto Baranek Boży ... " i trzecią niewielką cząstkę, którą wkłada do kielicha z Krwią. Następuje moment połączenia Ciała i Krwi Pańskiej - rozpoczyna się Nowe Życie - Zmartwychwstanie Pana Jezusa. Zmartwychwstały Chrystus w Komunii Św. karmi nas swoim Ciałem i rozwija w nas to nowe, Boże Życie.

W jaki sposób my powinniśmy w tych tajemnicach uczestniczyć? Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że tak niezwykłe rzeczy dokonują się obok nas, my się dotyka­my Jezusa. Postawy liturgiczne - klęczenie, stanie mają nam o powadze tych wydarzeń przypominać i pomagać je prze­żywać. Ponadto, w ofiarę Mszy Św. powinniśmy duchowo włączać nasze cierpienia, frustracje, niezrozumienie nas przez innych, nasze załamania. To wszystko, co związane jest z cierpieniem, zarówno fizycznym, jak i duchowym. Ludziom młodym może się wydawać abstrakcyjne to fizyczne cierpienie. Ale, przecież oprócz fizycznego cierpienia, przeżywa się du­chowe, spowodowane choćby niezrozumieniem przez innych, frustracjami z powodu odrzucenia, kompleksów, nieakceptacji siebie lub różnych fragmentów swojego życia, niespełnionych pragnień, marzeń itp. To wszystko powinno być przez nas włą­czone we Mszę Św. W naszych bowiem cierpieniach uobecnia się Jezusowe cierpienie. On dzisiaj przecież cierpi, umiera i zmartwychwstaje w swoim Kościele, czyli w nas.

To włączenie swoich cierpień najlepiej rozpocząć jesz­cze przed Mszą Św., w czasie modlitwy przed Eucharystią, a ponowić w czasie przygotowania darów. W czasie konsekracji zostaną włączone w cierpienie Jezusa. Dla człowieka cierpią­cego, który tak przeżywa Mszę Św., cierpienie nabiera nowego znaczenia, sensu, przestaje być ciężkim krzyżem. Człowiek może sobie uświadomić, że może się ono stać źródłem łaski dla innych. Przez to, że ja przyjmuję krzyż cierpienia i znoszę je razem z Jezusem, to tym samym przyczyniam się do odku­pienia współczesnego świata.

Katecheza 5

Trzeba mieć silną wiarę, aby być ateistą...

Ateizm może być dla wielu ludzi jakimś etapem na drodze szczerego poszukiwania prawdy, ale w niektórych przypadkach jest nie tylko wynikiem braku wiedzy, ale także owocem notorycznego łamania norm moralnych i pychy człowieka oraz działania złego ducha, który „jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44) i wszelkimi sposobami próbuje zafałszować w ludzkiej świadomości prawdę o Bogu i o człowieku.

PATRZĄC NA DZIEŁA, NIE POZNALI TWÓRCY

Ateiści wierzą, że istnieje tylko świat materialny, że nie ma innej rzeczywistości jak tylko ta, której doświadczamy zmysłami. Ateizm jest wiarą w to, że nie ma Boga, i często wiara ta opiera się na metafizycznych założeniach darwinizmu, według którego życie zaistniało w sposób całkowicie przypadkowy i rozwija się na drodze ewolucji, która nie ma żadnego celu. Darwiniści wierzą, że dzięki mechanizmowi doboru naturalnego i szeregu losowych mutacji powstawały tak skomplikowane organy jak mózg, oczy, skrzydła itd., że wszystkim kierują ślepe siły natury.

Tymczasem badania naukowe stwierdzają, że struktura molekularnej maszynerii życia jest nieskończenie bardziej  skomplikowana od systemów, które zostały zaprojektowane i zbudowane przez człowieka. Nie do pominięcia jest również kwestia informacji, która jest wytworem inteligencji: nawet najprostsza żyjąca komórka ma taki zasób informacji, jaki jest zawarty w 5000 egzemplarzach kilkusetstronicowej książki.

Rodzi się oczywiste pytanie: czy te niezwykle skomplikowane systemy informatyczno-biologiczne zostały stworzone przez Absolutną Inteligencję posiadającą Wszechwiedzę, czy są tylko efektem działania ślepych, bezcelowych i przypadkowych sił natury? Czy ta niezwykła złożoność, celowość i precyzyjne funkcjonowanie całego makro- i mikrokosmosu rzeczywiście mogły zaistnieć dzięki jakiemuś przypadkowemu działaniu ślepych sił natury?

Gdyby ktoś stwierdził, że jakiś przypadkowy proces ślepych sił natury doprowadził do powstania na przykład komputera, to zostałby uznany za człowieka chorego umysłowo. Nie dziwmy się zatem ostrym sformułowaniom w Piśmie św. o ateistach:

„Głupi [już] z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła, nie poznali Twórcy. (…) Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,1.5).

„To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy” (Rz 1,19-20).

Kto? Ci, „którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta” (Rz 1,18).

W grudniu 2004 r. prof. A. Flew, duchowy przywódca światowego ateizmu, po 50 latach pracy naukowej wyznał swoją wiarę w istnienie Boga. Podkreślił, że wiara w Boga jest konkluzją jego długoletnich poszukiwań, w których opierał się na naukowych odkryciach w dziedzinie biologii, chemii i fizyki. Wskazał na odkrycie kodu DNA, który zawiera niesamowity zbiór informacji i równocześnie jest najgenialniejszym oprogramowaniem. Uznał, że to wszystko wskazuje na istnienie perfekcyjnej Inteligencji Boga Stwórcy.

Jak już wcześniej pisałem, „jednym z najbardziej przekonujących faktów naukowych, które wskazują na istnienie Boga Stwórcy, było dla A. Flewa odkrycie ludzkiego DNA. Wiemy, że DNA zawiera ogromną ilość informacji, które są zapisane w informatycznym kodzie. Nasuwa się zatem logiczny wniosek, że musi istnieć jakaś Inteligencja, która ten informatyczny kod (pewien rodzaj niezwykle skomplikowanego oprogramowania, w którym są zawarte najdrobniejsze szczegóły ludzkiego ciała, takie jak płeć, kolor oczu, włosów itd.) stworzyła i sprawiła, że te informacje tak pokierują procesami naturalnymi, iż powstaje konkretny, niezwykle złożony biologiczny organizm.

Trzeba pamiętać, że informacje zawarte w molekule DNA są od niej odrębne, a ona jest tylko ich nośnikiem. Informacje te można określić jako skomplikowane oprogramowanie lub zapis myśli, a to wskazuje na istnienie osobowej Inteligencji. Części DNA, nazwane nukleotydami, tworzą logiczną całość i są połączone ze sobą, tak jak litery oraz wyrazy w tekście pisma. Zatem w DNA istnieje inteligencja, zaś zawarte w nim informacje, jak dowodzi prof. Michael J. Behe, nie są ani materią, ani energią.

Poznając prawdę o ludzkim DNA, prof. A. Flew zrozumiał, że ateizm nie ma żadnych logicznych podstaw i jest niczym innym jak tylko irracjonalną, ślepą wiarą w przypadkowe powstanie życia i całego wszechświata, który jest harmonijną całością i funkcjonuje zgodnie z zasadami logiki. Flew nazwał »komicznym wysiłkiem« sposób, w jaki ateista Richard Dawkins wyjaśnia pochodzenie życia, twierdząc, że był to tylko przypadek – »szczęśliwa okazja«” (Wiara i rozum, „Miłujcie się!” nr 3-2011).

Trzeba rzeczywiście mieć niezwykle silną wiarę, żeby być ateistą.

Rodzi się tutaj również pytanie, czy można pogodzić darwinowską ewolucję z wiarą w Boga, skoro uznaje ona, że na skutek bezcelowego procesu powstało życie i nastąpiła złożoność gatunków? Czy Bóg może kierować bezcelowym procesem?

WPŁYW NA ŚWIATOPOGLĄD I WYBORY ŻYCIOWE

Odpowiedź na pytanie o pochodzenie życia wpływa na światopogląd i wybory życiowe. Wiara ateistów w to, że nie ma Boga, często opiera się na metafizycznym twierdzeniu darwinizmu, według którego życie powstało w sposób przypadkowy, rozwija się na drodze ślepej ewolucji, natomiast świadomość człowieka jest wytworem mózgu, który przestaje istnieć w chwili śmierci. Dlatego za pełnoprawnych ludzi uznaje się tylko tych, którzy mają na odpowiednim poziomie ukształtowaną świadomość i psychikę. Nie są więc nimi dzieci nienarodzone, noworodki, ludzie ze starczą demencją lub w stanie śpiączki. Nie ma także obiektywnie istniejącej moralności. Takie są ideologiczne podstawy ustaw zezwalających na aborcję, eutanazję, zapłodnienia in vitro, eugenikę i genetyczne manipulacje. Trzeba pamiętać, że darwinizm stał się ważną częścią zbrodniczych ideologii komunizmu i narodowego socjalizmu. Wyznawali go nie tylko ateiści spod znaku sierpa i młota, ale także narodowi socjaliści z Hitlerem na czele.

Jest faktem, że wielu studentów w USA oraz w innych krajach, po wykładach o darwinowskiej ewolucji i przyjęciu jej jako naukowy pewnik, wyciągnęło wniosek, że skoro życie powstało przypadkowo i nie ma celu, to również ich życie nie ma żadnego sensu. Nic dziwnego, że w efekcie odrzucenia wiary w Boga wielu z nich popadło w depresję lub odebrało sobie życie – są w USA udokumentowane przypadki takich samobójstw. Głośnym echem w Stanach Zjednoczonych odbił się przypadek 22-letniego studenta Jessego Kilgore’a, który po przeczytaniu książki Bóg urojony, napisanej przez walczącego ateistę i darwinistę R. Dawkinsa, przestał wierzyć w Boga, stracił sens życia, co w końcu doprowadziło go do samobójstwa.

Jego ojciec po obejrzeniu filmu Expelled: No Intelligence Allowed (jest dostępny w internecie), który demaskuje manipulacje i kłamstwa darwinowskiego lobby w nauce, powiedział, że gdyby jego syn wiedział, że ateizm opiera się na irracjonalnej wierze, a nie na naukowych faktach, to wtedy na pewno nie odebrałby sobie życia.

Szukającym prawdy polecam książkę Michaela Dentona Ewolucja. Teoria w kryzysie (Evolution. A Theory in Crisis) oraz książkę Tajemnica powstania życia (The Mystery of Life’s Origine) Charlesa Thaxtona, Waltera Bradleya i Rogera Olsona.

ZANIK UCZCIWOŚCI INTELEKTUALNEJ

 Niestety, u wielu darwinistów zanika intelektualna uczciwość, kiedy okazują jawną wrogość wobec naukowych badań, które kwestionują dogmaty ich ateistycznej ideologii. Wbrew naukowym faktom, różnymi sposobami próbują stygmatyzować tego rodzaju badania jako nienaukowe i wyłączyć je z zakresu nauki. Z góry odrzucają wszystkie fakty kwestionujące podstawy ich ateistycznej wiary. Ignorują wszelkie dane, które wskazują na istnienie świata duchowego, nadprzyrodzonego.

Tylko materialistyczna wizja świata jest uznawana przez nich za naukową. Dane naukowe, które wskazują na istnienie we wszechświecie celowości i inteligentnego planu, są traktowane przez wyznawców darwinizmu jako zagrożenie dla nauki. Według nich nauka powinna potwierdzać ateistyczną ideologię, a jeśli nie potwierdza, to już nie jest nauką – takie jest błędne koło ich rozumowania. Znany matematyk William Dembski stwierdza, że

- „ideologia materialistyczna tak bardzo zniekształciła badania nad pochodzeniem życia i kosmosu, że aktualna zawartość tych dziedzin uległa deformacji. Problem polega nie tylko na tym, że w sposób bezprawny wykorzystuje się naukę do lansowania światopoglądu materialistycznego, lecz że ten światopogląd w sposób aktywny kwestionuje naukowe badania, prowadząc do nieprawidłowych, nie mających potwierdzenia konkluzji na temat początków biologicznego życia i kosmosu w ogóle. Natomiast inteligentny projekt (Intelligent Design) przedstawia obiecującą naukową alternatywę dla materialistycznych teorii biologicznej i kosmicznej ewolucji – alternatywę, która znajduje rosnące teoretyczne i doświadczalne poparcie” (Duchowy mózg, s. 60-61).

LUDZKA ŚWIADOMOŚĆ I MÓZG

Od XIX w. darwiniści powtarzają wciąż te same, niemające pokrycia w ustaleniach naukowych twierdzenia, że człowiek jest produktem ślepych sił natury, a ludzki umysł, dusza, wolna wola są tylko złudzeniami spowodowanymi przez elektryczne wyładowania neuronów w mózgu. Wielu, którzy to słyszą, od kilkunastu dziesięcioleci, może nabrać przekonania, że tak rzeczywiście jest.

Tymczasem profesor Harwardu Owen Gingerich podkreśla fakt, że ludzki mózg jest najbardziej skomplikowanym fizycznym organem w całym wszechświecie. Znajduje się w nim 100 miliardów  neuronów i każdy z nich ma połączenie z 10 tysiącami innych neuronów. Liczba połączeń pomiędzy komórkami nerwowymi w jednym mózgu jest dużo większa od liczby gwiazd wchodzących w skład Drogi Mlecznej. Czy atomy, które wchodzą w skład mózgu, mogły stworzyć tak skomplikowaną strukturę na drodze czystego przypadku? Czy mają rację darwiniści, którzy twierdzą, że kiedy ustaje fizjologiczna praca mózgu, to wtedy przestaje istnieć świadomość człowieka?

Materialiści znaleźli się w ślepym zaułku, gdyż nie mają żadnej wiarygodnej hipotezy, która by tłumaczyła duchowe przeżycia człowieka i funkcjonowanie jego umysłu.

Dla ateistów umysł człowieka tradycyjnie rozumiany w ogóle nie istnieje, według nich to materialny mózg wytwarza zjawiska psychiczne oraz myśli. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny (1963) John Eccles (1903-1997), neurolog, jeden z największych autorytetów w zakresie badań ludzkiego mózgu, stwierdza, że materia nie jest w stanie wytwarzać zjawisk psychicznych i nie ma przechodzenia energii fizycznej w psychiczną.Tylko duchowa rzeczywistość może wytwarzać zjawiska psychiczne. Umysł jest czymś innym niż mózg.

Najpierw człowiek w swoim umyśle podejmuje decyzję o działaniu, która jest realizowana poprzez układ elektryczny mózgu. I tak na przykład mając do wyboru odpowiedzieć zemstą albo przebaczeniem na wyrządzoną mi krzywdę, decyduję się iść drogą przebaczenia i zwyciężania zła dobrem. Ta decyzja podjęta w moim umyśle jest przekazywana do realizacji elektrycznemu układowi mózgu. Tak więc duchowy umysł człowieka posługuje się w działaniu materialnym mózgiem.

John Eccles zdecydowanie odrzuca materialistyczną teorię umysłu, według której mózg jest rozumiany jako superskomplikowany komputer, w którym kora mózgowa generuje wszystkie myśli i uczucia. Określa tę teorię jako „zubożałą i pustą”, ponieważ posługuje się ona niejasnymi ogólnikami, a przede wszystkim nie jest zdolna uzasadnić cudu i tajemnicy niepowtarzalności ludzkiego „ja” wraz z jego kreatywnością i zdolnością wyobraźni (How the Self Controls Its Brain,  s. 33, 176). Wieloletnie naukowe badania ludzkiego mózgu doprowadziły J. Ecclesa do stwierdzenia, że wszyscy mamy osobowe „ja” – czyli niematerialny umysł, który działa poprzez materialny mózg. Tak więc oprócz świata fizycznego w człowieku istnieje umysłowy – czyli duchowy – świat i obie te rzeczywistości wzajemnie oddziałują na siebie.

„Skoro materialistyczna koncepcja – pisze Eccles – nie jest w stanie wyjaśnić i uzasadnić doświadczenia naszej niepowtarzalności, jestem zmuszony przyjąć nadprzyrodzone stworzenie niepowtarzalnego, duchowego, osobowego »ja«, czyli duszy. Wyjaśniając w terminach teologicznych: każda Dusza jest nowym Bożym stworzeniem wszczepionym w ludzki zarodek” (Evolution of the Brain, Creation of the Self, s. 237).

Dla prof. J. Ecclesa stało się oczywiste, że umysł człowieka, jego osobowe „ja”, istnieje jako duchowy wymiar człowieczeństwa i jest nieśmiertelną duszą. Widzimy więc, że naukowe fakty zmuszają do odrzucenia czysto materialistycznej interpretacji umysłu i duchowości człowieka.

LEKARSTWO NA ATEIZM

Jedynym skutecznym lekarstwem na ateizm jest wytrwałe, szczere szukanie i poznawanie prawdy.

Historie nawróceń, które od wielu lat publikujemy na łamach naszego czasopisma, świadczą o tym, że wszyscy, którzy szczerze szukają prawdy, odnajdują ją w Bogu, który stał się prawdziwym człowiekiem w Jezusie Chrystusie i który po swoim zmartwychwstaniu jest nieustannie obecny we wspólnocie Kościoła katolickiego, aby nauczać, przebaczać wszystkie grzechy, uzdrawiać z wszelkich chorób duszy i ciała.

O Boskości Chrystusa i Jego zmartwychwstaniu mówią Ewangelie, apostołowie, którzy byli świadkami zmartwychwstania i którzy za tę prawdę oddali swoje życie, ponosząc męczeńską śmierć. O Boskości i zmartwychwstaniu Chrystusa nieustannie świadczy nauczanie i historia Kościoła, stale zwalczanego i prześladowanego wraz z milionami świętych i męczenników, którzy oddali i ciągle oddają za Chrystusa swoje życie.

Trzeba tutaj również przywołać szczególnych świadków męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, na których wskazują badania naukowe, a są nimi Całun Turyński (płótno grobowe, w które zostało zawinięte po śmierci ciało Chrystusa) oraz Chusta z Manoppello,na której widnieje odbicie Jego zmartwychwstającej twarzy. W oparciu o wieloletnie i wszechstronne badania naukowe można z całą pewnością stwierdzić, że te dwa płótna to są dwa rzeczowe dowody zmartwychwstania Chrystusa.

Na Całunie Turyńskim widnieje trójwymiarowe odbicie przodu i tyłu ciała Człowieka, który został poddany strasznym torturom biczowania, cierniem koronowania i ukrzyżowania. Odbicie jest w fotograficznym negatywie, nie ma na nim żadnych barwników ani farb, a skrzepy krwi są nienaruszone, co świadczy o tym, że ciało nie było wyjmowane, lecz przeniknęło w tajemniczy sposób przez płótna. Z naukowego punktu widzenia jest pewne, że obraz ten nie został uczyniony ludzką ręką.

Najnowsze pięcioletnie badania wybitnych naukowców z Ośrodka Badań Jądrowych we Frascati pod Rzymem, ogłoszone w grudniu 2011 r., stwierdzają, że odbicie ciała Człowieka na Całunie Turyńskim nastąpiło na skutek gwałtownego wybuchu energii elektromagnetycznej, jakby potężnego błysku światła, które spowodowało przypalenie zewnętrznych włókien tkaniny i powstanie idealnie płaskiego obrazu, bez żadnej deformacji. Naukowcy stwierdzili, że tajemniczy błysk energii, który doprowadził do takiego odbicia, musiałby mieć moc 34 000 miliardów watów promieniowania ultrafioletowego próżniowego. Obecnie dostępne aparaty mogą wytworzyć promieniowanie o sile kilku miliardów watów UV próżniowego.

Wniosek jest prosty: współczesna nauka nie jest w stanie wytworzyć tego rodzaju wizerunku, jaki jest na Całunie Turyńskim.

W 2005 r. przełomowego odkrycia dokonał prof. R.N. Rogers wraz z grupą amerykańskich naukowców. Otóż poddali oni specjalistycznym badaniom zachowany fragment próbki, która została pobrana z Całunu do zbadania jego wieku metodą węgla C14 w 1988 r. Okazuje się, że ta próbka została pobrana z miejsca, w którym było tylko 40% oryginalnej lnianej tkaniny z czasów Chrystusa, a pozostałe 60% materiału to bawełniane nici ze średniowiecza, których użyto do naprawy tego fragmentu Całunu.

Było to główną przyczyną uzyskania przez specjalistów od datowania węglem C14 błędnego wyniku, który wskazywał na średniowieczne pochodzenie Całunu. Mamy już dzisiaj naukową pewność, że Całun pochodzi z czasów Chrystusa, a ze średniowiecza pochodzą tylko bawełniane nici użyte do jego naprawy. Ktokolwiek dzisiaj twierdzi, że Całun pochodzi ze średniowiecza, i powołuje się na badania metodą węgla C14 z 1988 r., czyni to albo ze zwykłej ignorancji, albo kieruje się złą wolą w propagowaniu kłamstwa (por. artykuł: Kompromitujący błąd, „Miłujcie się!” nr 2-2010).

Również odbicie twarzy zmartwychwstającego Jezusa na Chuście z Manoppello jest dla nauki wielką tajemnicą. Tkanina Chusty została utkana z bisioru, czyli morskiego jedwabiu, jest przezroczysta, a jednocześnie ogniotrwała jak azbest. Na tego rodzaju tkaninie jest niemożliwe namalowanie czegokolwiek. Badania naukowe jednoznacznie mówią, że martwe Oblicze z Całunu i żyjąca twarz z Manoppello to ta sama Osoba; odbicia te w 100% odpowiadają sobie strukturą i wymiarami. Dla naukowców jest oczywiste, że obraz Boskiego Oblicza z Manoppello nie mógł być namalowany przez człowieka (więcej informacji w „Miłujcie się!”, nr 4-2006).

Tak więc jednym z najbardziej czytelnych znaków, których autentyczność została potwierdzona wieloletnimi badaniami naukowymi i które wzywają ludzi do wiary w zmartwychwstanie Chrystusa, do otwarcia się na Jego miłość, są trzy obrazy, które nie zostały namalowane przez człowieka: Całun Turyński, Boskie Oblicze z Manoppello i obraz Matki Bożej z Guadalupe (więcej informacji w „Miłujcie się!”, nr 1-2010).

Wszechstronne badania naukowe stwierdzają, że takich obrazów nie jest w stanie uczynić współczesna nauka. Takie są fakty, o których mówią naukowe badania. Jeżeli człowiek przyjmie je z pokorą i otworzy swoje serce w wierze na tajemnicę miłości i miłosierdzia Boga, wtedy rozpocznie się proces jego duchowej przemiany i uzdrowienia. Wejdzie na drogę wiary i wolności, która zaprowadzi go do zjednoczenia się w miłości ze zmartwychwstałym Chrystusem. Jeżeli natomiast przez swoją nieprawość nałoży prawdzie pęta (por. Rz 1,18) i odrzuci te i wiele innych Bożych znaków wzywających go do nawrócenia się, to wtedy będzie szedł bezsensowną drogą duchowego zniewolenia i śmierci, która w ostateczności prowadzi do zguby wiecznej.

Najskuteczniejszym lekarstwem na ateizm jest wytrwałe i uczciwe szukanie prawdy, wierność przykazaniom Dekalogu, poznawanie Ewangelii oraz nauki i historii Kościoła katolickiego oraz modlitwa o dar wiary. Natomiast ludzie wierzący niech pamiętają o przestrodze: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” (1 Kor 10,12). Dlatego niech codziennie modlą się o dar wiary, o nawrócenie grzeszników i niewierzących oraz niech sami dają przykład żywej, dojrzałej wiary, bezinteresownej miłości bliźniego i świętości życia.

Każdy człowiek, który wytrwale i szczerze szuka prawdy, na pewno ją odnajdzie i spotka Jezusa Chrystusa, który jest „drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6). Niech jednak uczciwie, wytrwale szuka i nigdy się nie zniechęca.

Katecheza 6

Cena za feminizm. Dramatyczne świadectwo amerykańskiej filozof

Syndrom postaborcyjny, "pusta kołyska", rak piersi będący wynikiem stosowania środków antykoncepcyjnych, poranienia w sferze psychicznej, życiowa pustka - to tylko te najwidoczniejsze pozycje na rachunku, który musiała zapłacić za swój feminizm...

Lorraine V. Murray obroniła doktorat z filozofii na uniwersytecie w Gainesville. Praca nosiła tytuł: Feministyczna teoria autentyczności i udowadniała, że różnice płciowe są wynikiem warunkowania, a nierówność między kobietami i mężczyznami może być zniesiona przez androgeniczność. Lorraine opierała się na feministycznych pismach Simone de Beauvoir, uczennicy Sartre'a, która głosiła wyswobodzenie kobiet, m.in. przez usunięcie balastu - dzieci, bo bycie matką i gospodynią domową jest czymś gorszym niż praca zawodowa, ta zaś była konieczna, by życie kobiety nabrało sensu.

Swoją karierę naukową Lorraine rozpoczęła w latach sześćdziesiątych ub. wieku na University of Florida, gdzie - jak sama wyznaje w swej książce - "bardzo wielu profesorów i studentów uważało, że nie istnieje nic większego od ich intelektu". Choć wychowywała się w rodzinie katolickiej, porzuciła na studiach wiarę, uznając ją za rodzaj osobliwego nałogu, który każdy dorosły człowiek powinien porzucić. To odrzucenie Boga dawało jej zielone światło do podjęcia stylu życia, który wydawał się tak mądry i kuszący...

Seks bez ograniczeń

Właśnie wtedy rodziło się pokolenie hippisów, głoszące nowe życie bez ograniczeń. Przepustką do wolności stał się wyzwolony seks. Kwitła propaganda feministyczna wzywająca kobiety do czynienia "pierwszego kroku". Lorraine zamieniła różaniec na kolorowe koraliki, krzyż na pacyfę i przystąpiła do grona buntowników.

Dorobkiem tych zmian było bujne życie towarzyskie, pełne popijaw i popalania ręcznie robionych, nielegalnych skrętów, oraz kolejne wolne związki kończące się rozczarowaniami. Tak wspomina tamten okres: "Minęło dobrych parę lat, zanim dotarło do mnie, że postulat »wolnej miłości« był w rzeczywistości jednym wielkim kłamstwem. Nic dziwnego, że to właśnie faceci skwapliwie korzystali z dobrodziejstw łóżkowych swobód (...). Przez kilka kolejnych lat wielokrotnie powtarzałam ten sam smutny schemat: zakochiwałam się w jakimś błyskotliwym przystojniaku, pełna nadziei, że nasz związek przerodzi się w coś poważnego. Wielu facetów nie szukało jednak nikogo na dłużej, a tylko korzystało z możliwości przelotnego skoku w bok. Pragnęłam znaleźć mężczyznę, który by mnie kochał i cenił, który by się o mnie troszczył i który by mnie poślubił. Nie docierało jednak do mnie, że uprawianie seksu do tego celu nie doprowadzi. (...) Wszystko, co wiedziałam, to to, że wreszcie dorosłam. I jeśli nawet cierpiałam z powodu sposobu, w jaki traktowali mnie mężczyźni, to ból ten traktowałam jako nieodłączny element dorosłości. (...) Gdy myślę o moim życiu w Gainesville, o moich wszystkich nieudanych związkach, zastanawiam się: czyżbym szukała wówczas mężczyzny, który miał mi zastąpić Pana Boga? Pragnęłam kogoś, kto wybawi mnie ode mnie samej, kto pokocha mnie bezwarunkowo, kto będzie się o mnie troszczył i pozostanie mi wierny na zawsze. Nie mogłam zrozumieć, w czym tkwi błąd. Wiele moich koleżanek o tradycyjnych poglądach powychodziło już za mąż, jednak nie takie wolnomyślicielki jak ja. My, kobiety wyzwolone z dawnych zasad i ograniczeń, nieustannie potykałyśmy się o własne nogi i padałyśmy na nos".

Seks bez zobowiązań stał się możliwy dzięki pigułce antykoncepcyjnej, która zadebiutowała wtedy na rynku. Miała ona zmniejszyć prawdopodobieństwo zajścia w ciążę, tak by i kobiety mogły cieszyć się seksem bez ograniczeń i nie musiały się męczyć innymi niewygodnymi środkami antykoncepcyjnymi. Skutki uboczne, takie jak bóle głowy, nudności, depresje czy możliwość wystąpienia zatorów naczyniowych i raka, nie przerażały młodych dziewczyn, które traktowały pigułkę jako środek tymczasowy i które nieczęsto zastanawiały się nad tym, że żadna pigułka "nie mogła zmniejszyć oczekiwań kobiecego serca wobec ukochanego mężczyzny".

Cudowna pigułka

Pewnie nic dziwnego, że gdy pigułka zawiodła, a Lorraine z jednym ze swych przechodnich partnerów zaszła w ciążę, kolejnym łatwym rozwiązaniem stało się dokonanie aborcji. Propaganda feministyczna głosiła przecież prawo kobiety do swobodnego kształtowania własnego życia - czyli do aborcji. Płód był niczym więcej, jak tylko zlepkiem komórek. Ówczesne artykuły prasowe przedstawiały aborcję jako "prosty zabieg podobny do wizyty u dentysty". Lorraine tak wspomina to wydarzenie: "Poszłam do kliniki, oczekując stosunkowo bezbolesnej procedury, wychodziłam zaś stamtąd w przekonaniu, że autorzy tamtych artykułów po prostu mnie oszukali. Zabieg okazał się męką, bo nie zastosowano żadnych środków znieczulających. To traumatyczne przeżycie stało się pierwszą rysą na moim feministycznym pancerzu. Jednak pomimo bólu opuściłam klinikę aborcyjną z uczuciem wielkiej ulgi - mój problem został rozwiązany, mogłam normalnie wrócić do swoich spraw. Ale nikt nie uprzedził mnie o tym, że przebłyski przeszłości potrafią wracać. Wszystko zaczęło się jakiś rok po »zabiegu«. Za każdym razem, gdy o nim myślałam, przypominało mi się, jak wchodzę do kliniki, jak kładę się na stole operacyjnym, jak mnie badają, czuję ten straszliwy ból, a potem leżę tam i oszołomiona z trudem łapię powietrze"...

Towarzyszyły jej również i inne objawy syndromu postaborcyjnego: nerwowa reakcja na widok małych dzieci; nieustanne poczucie winy, niepokój i samooskarżenie, dręczące myśli: "ile lat, ile miesięcy miałoby teraz moje dziecko?"... Wszystkie te wyrzuty próbowała wyprzeć i uciszyć, głosząc prawo do aborcji ex cathedra swoim studentom, jednak nie to przyniosło ukojenie. Uzdrowienie przyszło po wielu, wielu latach, gdy zwróciła się do Jezusa miłosiernego.

Pigułka antykoncepcyjna, która miała dać poczucie bezpieczeństwa, zawiodła. Potem poprowadziła do aborcji, a jeszcze później - gdy Lorraine była już mężatką - wraz z wieloma innymi czynnikami doprowadziła ją do emocjonalnego paraliżu, obsesyjnej nieumiejętności przyjęcia dziecka: "Za każdym razem - wyznaje Lorraine - kiedy przymierzałam się do odstawienia środków antykoncepcyjnych, opanowywał mnie dziwny strach. Zaplątana w pajęczynę obsesyjnych obaw rozpoczęłam pierwszą z serii sesji terapeutycznych, które miały na celu rozwiązanie »problemu dziecka«, zanim będę za stara na ciążę". Lękowi towarzyszyła pokrętna feministyczna logika życia "wolnego od dzieci", której propagatorki celebrowały "pustą kołyskę jako znak wyzwolenia". "Nie przyszło mi jakoś do głowy - pisała Lorraine - że takie stanowisko miało zasadniczą wadę - gdyby bowiem wszyscy wybrali »życie wolne od dzieci«, ród ludzki zostałby skazany na wymarcie. (...) Laicki sposób myślenia, który dominował w ruchu feministycznym, wyznaczał swoje priorytety: wykształcenie, posada, pensja i awans. Rodzina i inne ludzkie więzi zostały zepchnięte na margines. Tak jak w opowieści o nowych szatach cesarza - nikt nie śmiał powiedzieć głośno tego, co oczywiste: dobrowolna rezygnacja z posiadania dzieci jest decyzją skrajnie egoistyczną. Po pierwsze, taki wybór nie dotyczy jedynie pojedynczej pary. Gdy chodzi o nas - rodzeństwo Jefa [męża Lorraine] nie miało okazji zostać ciocią i wujkiem, a jego mama nigdy nie została babcią. Moja siostra nigdy nie zaznała radości bycia ukochaną cioteczką, a jej dzieci nie miały kuzynów ze strony matki. Jeśli to prawda, że trzeba całej wioski - a przynajmniej cioć, wujków i dziadków - by wychować dziecko, to prawdą jest także, że brak tego dziecka całą wioskę rani"...

Nienasycone pragnienie

Ułudy tych i innych feministycznych haseł Lorraine doświadczyła w swym życiu bardzo szybko. Ani swobodne podróże, ani długie spanie w weekendy niezakłócone dziecięcym płaczem, ani pieniądze na koncie w banku, ani uniwersytecka i pisarska kariera nie dawały jej poczucia sensu życia. Nękana depresją i wewnętrzną pustką, zaczęła odkrywać w sobie pragnienie... życia wewnętrznego, pragnienie modlitwy - ale musiała przebyć jeszcze długą drogę, zanim zrozumiała, że źródłem zewnętrznych znaków, które dostaje, i jej wewnętrznego pragnienia, które odczuwa, jest Bóg, który jej szuka.

Niełatwo było jej obalić obraz Boga, który nosiła głęboko w swoim sercu - Boga, u którego na wszystko trzeba zasłużyć, Boga, który z pewnością nie może zajmować się kimś takim jak ona, która od Niego odeszła, która Go wyszydzała - Boga, który jest głuchy, bo zdawał się nie widzieć jej cierpienia i wtedy, gdy była małą dziewczynką, i później, gdy jako studentka straciła ukochaną matkę (która umarła na raka), a niedługo potem także ojca. Taki obraz Boga był pewnie w jakiejś mierze kształtowany w oparciu o postać jej ziemskiego ojca, uzależnionego od hazardu - odległego, chłodnego, często nieobecnego, nie przejawiającego nią zainteresowania, powściągliwego w okazywaniu uczuć i groźnego egzekutora kar. Ale Bóg sam, bardzo delikatnie, odnajdował swój obraz w jej sercu i wydobywał go.

Przemawiał do niej przez pozornie zwykle wydarzenia: piękno przyrody nie przestawało stawiać pytania o swego Stwórcę; zaintrygowały ją także pisma Tomasza Mertona, człowieka o wielkim intelekcie, który podobnie jak i ona - wychowany jako chrześcijanin, odszedł daleko od swych korzeni i w swej młodości wiódł życie dekadenta, ostatecznie nawrócił się na katolicyzm i wstąpił do klasztoru; w końcu - jak sama pisze - do Kościoła katolickiego "przywoływała mnie obecność Boga na ziemi, rzeczywista obecność Boga w Eucharystii. To tego szukałam"...

Poszukiwania

Jej powrót do Kościoła nie był entuzjastyczny i pozbawiony zastrzeżeń, nie od razu oddała swoje myślenie - jak jej się zdawało, zgodne z nauką ojców Kościoła - o aborcji, wyświęcaniu kobiet i zawieraniu małżeństw przez celibatariuszy. Ale kiedy przewracała kolejne karty Ewangelii, odkrywała Chrystusa - dobrego i mądrego. W jednej scenie z Ewangelii szczególnie odnalazła wydarzenia z własnego życia - w spotkaniu Jezusa z jawnogrzesznicą w domu przerażonego jej obecnością faryzeusza. .. W swych wspomnieniach pisała: "Zastanawiałam się nad tymi wszystkimi latami, kiedy szukałam pociechy w ramionach całkiem niewłaściwych mężczyzn. Myślałam o wszystkich grzechach, jakie popełniłam, i o wszystkich chwilach, które przepłakałam. Z pewnością wystarczyłoby moich wylanych łez, aby obmyć Jezusowe stopy. I nie mogłam pojąć: jak mogłam obejść się wtedy bez Jego miłości i miłosierdzia, które teraz przemawiają do mnie z kart Ewangelii? Dlaczego naigrawałam się z tych, którzy chodzili do kościoła? Dlaczego drwiłam z chrześcijan w czasach, kiedy nie było niczym trudnym rozśmieszyć znajomych dowcipem o poczciwym Jezusku? Słowa, jakimi Tomasz Merton scharakteryzował samego siebie z czasów, gdy miał lat osiemnaście, są chyba dobrym opisem »dawnej« mnie: »Deptałem ostatnie szczątki życia duchowego, jakie jeszcze pozostały wmej duszy, próbując zniszczyć i wymazać obraz Bożej wolności, którą zaszczepił we mnie Bóg». Merton dodaje, że w sposób nieświadomy uczestniczył w męce Chrystusa: »To jest ukrzyżowanie Chrystusa - kiedy On umiera wciąż na nowo w ludziach, którzy wyrzekli się Go, choć zostali stworzeni, aby dzielić radość i wolność Jego łaski«. Kiedy patrzę wstecz na moje życie, widzę samą siebie u stóp krzyża. Widzę, jak pomagam wbijać gwoździe w ciało Skazańca"...

Pojednanie

Na tym nowym dla siebie etapie poszukiwań Lorraine zaczęła się zastanawiać nad gniewem, jaki żywiła wobec Boga po śmierci swej mamy; to doprowadziło ją do zrozumienia, że dla tych, którzy wierzą w Chrystusa, śmierć jest tylko przejściem do nowego świata, gdzie będzie kiedyś mogła spotkać swoją matkę.

Wreszcie przyszedł też czas głębokiego doświadczenia Bożej miłości w sakramencie pojednania, kiedy Jezusowi obecnemu w kapłanie wyznała swe grzechy. Otrzymała łaskę powrotu do Kościoła katolickiego i łaskę głębokiego pokoju. Przebaczenie Jezusa stało się dla niej drogą do tak trudnego wybaczenia sobie samej aborcji, której dokonała. Uzdrowienie emocji było długim procesem. Lorraine znalazła wsparcie grupy Leczenie i Uzdrowienie Postaborcyjne. W wielu rozmowach mogła powierzyć zaufanej osobie swoje wspomnienie sprzed wielu, wielu lat, ale tę głęboką ranę leczyła przede wszystkim Boża łaska - Jezus eucharystyczny.

Sens codzienności

Swoje miejsce i w procesie nawrócenia Lorraine oraz jej męża, i w procesie jej uzdrowienia miało spotkanie z siostrami misjonarkami miłości Matki Teresy z Kalkuty, które w ich okolicy otwierały dom dla chorych na AIDS. Lorraine zaangażowała się jako wolontariuszka. Poznała proste życie sióstr, niemalże monotonne, ale wypełnione modlitwą, obecnością Chrystusa, Jego miłością i pokojem. Doświadczała Go tam, obecnego w Najświętszym Sakramencie - to On dał jej pokój i radość, których kiedyś bezskutecznie szukała w buddyjskich medytacjach. Odkryła też, że szorowanie podłóg, obieranie marchewki, rozwieszanie prania i mnóstwo małych, zwykłych czynności, które każdego dnia siostry wykonywały na nowo, stawały się wyrazem ich miłości - miłości Chrystusa do tych, których świat uznał za wyrzutki społeczeństwa... Że te czynności - które ona jako feministka kiedyś odrzucała - były wyrazem troski o nieśmiertelne dusze, a ta z kolei nadawała sens życiu i wszystkim banalnym czynnościom.

Tak podsumowała w swej książce to wspomnienie: "Żadne zajęcie nie mogło być ważniejsze. Jak wyraziła to Alice von Hildebrand w książce Przywilej bycia kobietą: »Pewnego dnia z wszystkich osiągnięć ludzkości pozostanie kupka popiołu. Ale każde dziecko, jakie zrodziła kobieta, będzie trwało na wieki, ponieważ otrzymało nieśmiertelną duszę uczynioną na obraz i podobieństwo Boże«. To posługiwanie Lorraine i jej męża w przygotowywaniu domu dla chorych przyniosło im, oprócz zmęczenia, poczucie szczęścia, bo - jak sama wyznaje - "po raz pierwszy w naszym małżeńskim życiu byliśmy cząstką czegoś więcej niż nas samych".

Kara?

Wkrótce po swoim nawróceniu Lorraine zrozumiała, że pójście za Chrystusem nie jest sielanką. Doświadczyła, że wiara nie jest, jak myślą niektórzy, ciepłym elektrycznym kocem, że nawet "miłość nie stanowi polisy ubezpieczeniowej przeciw cierpieniu i nawet najbardziej oddani i uczciwi chrześcijanie mogą być narażeni na trud i udrękę", bo pójście za Jezusem to pójście drogą krzyża. Przeżywała najpierw chorobę swego męża, potem swoje osobiste zmaganie się z rakiem piersi - skutkiem zażywania pigułek antykoncepcyjnych i hormonalnej terapii zastępczej. Po raz kolejny przyszło jej zmagać się ze swoim starym obrazem Boga - starca, który czeka tylko, by się zemścić na ludziach za ich grzechy - ale z pomocą kierownika duchowego odkryła nowy obraz Boga, który zawsze spogląda z miłością; Boga płaczącego nad mylnymi ścieżkami, którymi idą Jego dzieci. Odkryła, że to nie Bóg zesłał jej tę chorobę, lecz że była ona konsekwencją jej własnych wyborów. Odkryła także prawdę, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, że Boża łaska może odmienić każdą sytuację, a ona może z tą łaską współpracować - ofiarowując Jezusowi swoje cierpienie, swoją walkę z chorobą, rzucając się wciąż na nowo w Boże ramiona. Zrozumiała też, że jakoś, gdzieś, ktoś mógłby skorzystać z tak przeżywanego przez nią cierpienia.

Gdy minęły dwa lata, odkąd zdiagnozowano jej chorobę, Lorraine rozpoczęła nową przygodę pisarską: przystąpiła do napisania książki o swej duchowej drodze przez chorobę - dla kobiet zmagających się z tym samym problemem. Fragmenty Pisma św., które wyszukiwała, by przynieść pociechę innym, przyniosły uzdrowienie jej samej. Odkryła też, że "wszystko jest łaską, wszystko jest bezpośrednim skutkiem miłości naszego Ojca - trudności, przeciwności, upokorzenia, wszelkie udręki naszej duszy, jej ciężary, jej potrzeby - wszystko, ponieważ dzięki nim dusza uczy się pokory i dostrzega swoje słabości. (...) Jakiekolwiek byłoby nasze życie, jakiekolwiek nieoczekiwane zdarzenia by nas spotkały - dla serca miłującego wszystko obraca się na dobre".

Miłość wszystko wyjaśnia

To stopniowe doznawanie dobroci Jezusa i poznawanie Jego nauki - przez dogłębne studia doktryny Kościoła w wielu kwestiach moralnych - doprowadziły Lorraine do wniosku, że katolicki pogląd w sprawie życia stanowi spójną całość. Nauka Kościoła przyniosła też rozwiązanie problemu, który nurtował ją w młodości: wyjaśniała, że "Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, wyposażając ich w odrębne, właściwe każdej płci natury. To nauczanie w żaden sposób nie sankcjonuje podporządkowania kobiet mężczyznom". Przeciwnie, to właśnie tylko i wyłącznie "Kościół katolicki uznaje niezbywalną godność kobiet, na które patrzy przez pryzmat wielkiego szacunku okazywanego Najświętszej Maryi Pannie". O tę godność pewnie niejednokrotnie jako feministka chciała walczyć, lecz postulaty tamtej ideologii nie były w stanie takiej godności zagwarantować, wprost przeciwnie - prowadziły do utraty szacunku oraz godności kobiety i dzieci. Lorraine zrozumiała wiele błędów feminizmu. Zobaczyła, że "nie bierze on pod uwagę codziennego życia zwykłych kobiet, które postrzegają macierzyństwo niejako ciężar, lecz jako dar" (zob. Elizabeth Fox-Genovese Feminizm nie jest historią mojego życia) - tak, jak jej matka, która cierpiała, że nie może wychowywać Lorraine i jej siostry, bo musiała pracować (co w tamtych czasach było rzadkością), by zapewnić rodzinie utrzymanie, czego nie mógł zagwarantować uzależniony od hazardu ojciec...

Dotarła do pominiętej przez siebie w czasie studiów części historii ruchu feministycznego - do faktu, że "nawet sufrażystki nie postulowały zalegalizowania aborcji. Przeciwnie - aborcja służyła im jako sztandarowy przykład zaniedbań, które obciążają stosunek społeczeństwa do kobiet w potrzebie". Zrozumiała też, że (jak pisała E. Fox-Genovese) "wielu propagatorów praw kobiet nie zdaje sobie sprawy, że prawa wiążą się z odpowiedzialnością i obowiązkami, zwłaszcza względem dzieci. Nieograniczona wolność, jakiej feministki pragną dla kobiet, niestety przywodzi na myśl równy udział kobiet w tym, co [papież Jan Paweł II] nazywał »kulturą śmierci«".

Pisma św. Edyty Stein ukazały jej drogę zadośćuczynienia, a także możliwość zrealizowania "duchowego macierzyństwa" - to zaś Lorainne do dziś urzeczywistnia przez swoją pracę publicystyczną i finansową pomoc fundacji wspierającej dzieci na innych kontynentach.

Zaproszenie

Głębokie zrozumienie nauczania Kościoła - Chrystusa, który przez Kościół przemawia - uświadomiło jej, że nie może pozostawać dłużej "kawiarnianą katoliczką". "Bóg jest miłością, więc (...) życie na tym świecie jest jedną wielką miłosną przygodą, która rozgrywa się pomiędzy Bogiem a Jego dziećmi" - pisała Lorraine. "Cokolwiek spotka mnie jeszcze w przyszłości, modlę się, aby Bóg pomagał mi kochać Go coraz głębiej i aby dawał mi coraz lepiej poznawać, jak głęboka jest Jego miłość do mnie".

Niech to będzie także i nasze pragnienie, byśmy "Boga poznali, kochali i służyli Mu na tym świecie i abyśmy byli z Nim szczęśliwi w świecie przyszłym"!

Oprac. na podstawie książki
"Byłam feministką"
L. V. Murray
(wyd. Duc in Altum)

 

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
71 0.082061052322388